Rozdział pierwszy
Przez chwilę po prostu siedziałam w ciemności i rozpamiętywałam to pełne bólu wspomnienie, a przed moimi oczami przelatywały obrazki przedstawiające te radośniejsze chwile mojego dzieciństwa. Łzy same napłynęły mi do oczu, a gdy pierwsza z nich skapnęła z mojego policzka, pokręciłam głową.
"Nie mogę wiecznie w tym tkwić. Przecież to nienormalne. Powinnam iść śmiało do przodu pokonując tym samym drogę zwaną życiem, a nie wciąż rozpamiętywać przeszłość." pomyślałam.
- Shiemi, przyjdź tu - mruknęłam dotykając lewą dłonią znaku umieszczonego na prawej dłoni. Nie musiałam długo czekać na zjawienie się demonicy. Brunetka przyszła po kilku chwilach i podała mi ciepłe mleko.
- Nie musiałaś mnie wołać, panienko - powiedziała, spoglądając szarymi oczami w moje, piwne.
- Wyczułam, że panienka nie śpi - wyjaśniła, uprzedzając tym samym moje pytanie i wymownie dotknęła plastra na swym lewym policzku, pod którym chowała znak naszego kontraktu. Westchnęłam. Jak dużo nie wiem jeszcze o zasadach panujących wśród demonów? Nieważne. Mniejsza z tym. Oddałam kamerdynerce szklankę, którą ta odstawiła na nocną półkę.
- Co się właściwie stało, panienko? - zapytała z troską kobieta.
- Nic. Tylko... - umilkłam. Ciężko było mi mówić komukolwiek o tym, co mnie gryzie. Uważałam, że moje problemy to moje problemy i nie powinnam nimi nikogo obarczać.
- Tylko znowu miała panienka ten sen, prawda? - Usłyszałam i wolno pokiwałam głową.
- Ech... Czemu panienka nie chce o tym mówić? - Przez chwilę wydawało mi się, że w szarych oczach mej służącej zabłysła czerwień.
- Nieważne. Poczytasz mi coś? - zmieniłam temat.
- Jakąś książkę? - dodałam, gdy szarooka spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Oczywiście - kobieta wyszła do znajdującej się w mym gabinecie biblioteczki, jak przypuszczałam, gdyż do biblioteki, która mieściła w sobie stare, magiczne księgi i znajdowała się dokładnie pod moją sypialnią rzadko wchodziła. Demoniczna kobieta wróciła po kilku minutach trzymając w dłoniach starą książkę.
- Nie mów mi, że to "Opowiadania Babci Gąski" - w moim głosie zabrzmiała ostrzegawcza nuta.
- Zabiję - warknęłam, gdy Shiemi kiwnęła głową i z szatańskim uśmieszkiem usiadła na fotelu otwierając te stare bajki dla dzieci. Przez chwilę zastanawiałam się co by było, gdyby ktoś dowiedział się, że ja, hrabina Rosemary, stateczna i szanowana, szesnastoletnia protegowana Jej Wysokości, słucham bajek dla dzieci do poduszki! Brrr..... Doszłam do wniosku, że wolę nie wiedzieć. Zadrżałam na samą myśl, więc otuliłam się szczelnie pościelą i położyłam wygodnie w łożu. Moje powieki robiły się coraz cięższe, aż opadły całkowicie, a ja na powrót wróciłam w objęcia Morfeusza.
- Panienko, pora wstawać! - usłyszałam nagle przy akompaniamencie odsuwanych zasłon i otworzyłam zaspane oczy, które automatycznie zmrużyłam w jasnym świetle zalewającym moją sypialnię.
- Na dzisiejsze śniadanie przygotowałam owocowe musli z delikatnym jogurtem, tak, jak panienka lubi - Shiemi podała mi herbatę, a ja usiadłam na skraju łóżka i wyciągnęłam w jej stronę lewą nogę, która z racji tego, że zamiast kości miała wstawioną w kolano elastyczną śrubę, była o kilka centymetrów krótsza od prawej.
- Podać do tego szarlotkę, bułeczki z jagodami czy naleśniki z dżemem truskawkowym i bitą śmietaną? - kontynuowała brunetka ubierając mnie w podkolanówki, a ja zastanowiłam się dlaczego kobieta tak mnie dziś rozpieszcza. Najpierw moja ulubiona herbata (Earl Grey z nutką owoców leśnych), a teraz same słodkości na śniadanie? O co tu chodzi? Mój wzrok zatrzymał się na kalendarzu, a ja natychmiast wymierzyłam sobie w myślach siarczystego policzka moralnego. 25 sierpnia! Moje szesnaste urodziny! Jak mogłam zapomnieć?! Machinalnie odłożyłam filiżankę z niedopitą herbatą na nocną półkę, złapałam się kolumienki łóżka i wstałam dając tym samym znać, że kamerdynerka może już pomóc mi ubrać suknię. Gdy wszystkie części garderoby były już na swoim miejscu, chwyciłam laskę i usiadłam przy lustrze.
- Yyy... Panienko? - zaczęła demonica rozczesując moje blond włosy. Kiwnęłam lekko głową na znak, że słucham.
- Nie odpowiedziała mi panienka na pytanie - przypomniała służąca.
- Co? - burknęłam.
- Ach, tak. Racja - nagle mnie oświeciło. Dziękuję reakcjom ludzkiego ciała za to, że istnieje coś takiego jak burczenie w brzuchu.
- Dzisiaj poproszę... szarlotkę - uśmiechnęłam się, a Shiemi kiwnęła głową i zaczęła pleść mi dobieranego warkocza, a właściwie starała się zacząć, gdyż fryzura wciąż się burzyła, więc koniec końców zostawiła mi rozpuszczone włosy wkładając na nie tylko opaskę.
- Tak właściwie... - zaczęłam sięgając po filiżankę w wymyślne, chińskie wzory.
- ...jaki jest mój dzisiejszy plan dnia? - skończyłam i upiłam łyk herbaty.
- Po obiedzie, a dokładniej o trzynastej, spodziewa się panienka odwiedzin lorda Clausa i rodziny Midford: lorda Alexisa, lady Francis, lorda Edwarda i lady Elizabeth - kamerdynerka przeczytała listę z moimi zajęciami na dzisiejszy dzień.
- Podobno lord Claus kogoś przywiezie, ale nie chciał powiedzieć kogo. Aha i o szesnastej trzydzieści przyjedzie panienki przyjaciółka - lady Alice ze swoim narzeczonym - lordem Jamesem - dodała, ale ja już nie słuchałam, tylko wpatrywałam się przerażonym wzrokiem w odbicie ubranej na czarno brunetki.
- Panienko? Czy coś się sta... - zaczęła kobieta.
- Poczyniłaś już odpowiednie przygotowania na przyjazd markiza i jego rodziny, prawda? - wychrypiałam odstawiając pustą już filiżankę.
- Spokojnie, panienko. Do trzynastej jeszcze dużo czasu. Mamy dopiero dziewiątą czterdzieści pięć - usłyszałam i starałam się powstrzymać gniew pamiętając, że jest on w moim przypadku niewskazany tak samo, jak strach. Z marnym skutkiem niestety.
- Idiotka! - wydarłam się mierząc palcem w pierś służącej.
- Nie zapominaj, że mówimy tu o ciotce Francis!!! - mój wrzask słyszał pewnie każdy w Londynie. W lesie okalającym stolicę Imperium, gdzie znajdowała się moja główna rezydencja nie byłby on pewnie tak słyszalny, ale z okazji sezonu lato zawsze spędzałam w miejskiej posiadłości w samym sercu Londynu. Zaczęłam pospiesznie zakładać rękawiczki. Mój wzrok padł na pieczęć kontraktu faustowskiego na mej prawej dłoni. Zielony pentagram wpisany w zielony, ciernisty okrąg jarzył się delikatnym, fosforyzującym blaskiem przypominając mi, że kontrakt z Shiemi Clarson wciąż trwa. Przed oczami stanęły mi fragmenty tamtych wspomnień:
Biegłam przez środek głównego namiotu, w którym zwykle odbywały się cyrkowe występy, a który teraz płonął.
- Joker?! Snake?! Hej! Gdzie jesteście?! Pomóżcie mi, proszę! - nawoływałam przyjaciół i (w tamtym okresie) moją rodzinę w jednym, jednak odpowiadał mi tylko trzask płomieni na drewnianych konstrukcjach. Zaczynało brakować mi sił i pokasływałam co chwilę w gęstym dymie, ale mimo to biegłam dalej. Nagle zaczepiłam o coś nogą i przewróciłam się tracąc przytomność.
- I co z nią, doktorku? - usłyszałam głos Daggera i otworzyłam oczy. Byłam w swojej sypialni, w przytułku prowadzonym przez Ojca. Kaszlnęłam kilkukrotnie i z wdzięcznością wypiłam kilka łyków wody z podstawionej mi pod usta szklanki. Gdy już się napiłam, odsunęłam szklankę dłonią i dopiero teraz zauważyłam, że prawą rękę mam w bandażach. Przekrzywiłam lekko głowę i zobaczyłam nad sobą twarz Daggera, który przypatrywał mi się ze zmartwioną, tak do niego nie pasującą miną.
- Obudziłaś się? - usłyszałam głos doktorka i spojrzałam na mężczyznę.
- Tak - wychrypiałam. Ledwo mogłam mówić. Po chwili poczułam coś śliskiego na kołdrze i podniosłam się do siadu zmuszając moje obolałe ciało do wysiłku.
- "Wreszcie się obudziłaś. Byłaś nieprzytomna przez 2 dni. Czuwaliśmy przy tobie przez ten czas." to właśnie powiedziała Emily - Snake przetłumaczył syk jednego ze swoich podopiecznych zabierając przy okazji węża z mojej pościeli. Uśmiechnęłam się do chłopaka.
W miarę jak mijały dni ja wracałam do zdrowia. Ojciec, doktorek, Joker i pozostali opiekowali się mną i starali się wypełniać mi wolny czas rozśmieszając mnie jak tylko mogli. I wreszcie po niecałym roku wróciłam do pełni zdrowia i sił. Znowu zaczęłam występować w cyrku Noah's Ark i podróżować z jego gwiazdami po Anglii, jednak często przebywałam też u Ojca, który zmusił mnie bym pomagała okultystom w ich ceremoniach. Mój opór nic nie dał. Okultyści bardzo często mnie bili, ale ja milczałam. Przed Jokerem i pozostałymi kłamałam wymyślając, że np. spadłam ze schodów, lub coś w tym stylu. Czułam się z tym bardzo źle. Wiedziałam, że okłamywanie przyjaciół nie jest w porządku, ale jednocześnie nie chciałam ich martwić. Pewnego, grudniowego dnia przeczytałam w gazecie, że rodzina Phantomhive'ów zginęła w pożarze swej posiadłości, ale nie odnaleziono zwłok jedynego syna hrabiego i jego żony, a mimo to uznano chłopca za zmarłego. Miesiąc później dowiedziałam się, że Ciel żyje i jest w rękach okultystów. To przelało czarę goryczy. Ponownie zbuntowałam się przeciw okultystom, którzy uważali mnie za swoją własność. I znowu siedziałam skulona w kącie sali, gdzie stały klatki z przetrzymywanymi dziećmi w środku, które przypatrywały mi się ze współczuciem. W pewnym sensie moja sytuacja była taka jak ich, ale wróćmy do głównej myśli. Siedziałam skulona w kącie sali i osłaniałam głowę rękoma, żeby ten dwudziestoletni blondyn, który jak zwykle bił gdzie popadnie nie trafił mnie przypadkiem w twarz i starałam się nie myśleć o potwornym bólu w lewym kolanie i nieprzyjemnym chrupnięciu jakie usłyszałam, gdy mój oprawca rzucił mną o ścianę (mężczyzna wręcz uwielbiał mnie lać i zawsze sprawiało mu to sadystyczną przyjemność). W pewnym momencie pomyślałam sobie, że przyjęłabym pomoc nawet od samego diabła byleby tylko wydostać się z tego piekła, a po chwili...
- ...abiję, zabiję, zabij... - rozległ się czyjś mroczny głos. Mój kat odsunął się ode mnie i zaczął rozglądać. Nagle w pomieszczeniu pojawiła się mroczna postać i spojrzała na mnie.
- Och? Ale mi się malutka pani przytrafiła - znowu rozległ się pełen grozy i mroku głos, a postać zaczęła iść w moją stronę.
- To ty mnie wezwałaś - Usłyszałam.
- Prawda jest wieczna i niezmienna. Nie można odzyskać raz poświęconej rzeczy. A teraz... - Czarna ręka schwyciła mą dłoń, a moją głowę przeszył ostry ból. Już wiedziałam z kim mam do czynienia.
- ...dalej, wybieraj. Wybór należy do ciebie - demon uśmiechnął się lubieżnie.
- Ja... - zaczęłam i urwałam. Z mojej, prawej dłoni leciała obficie krew, a po chwili na jej zewnętrznej stronie zalśnił zielony pentagram.
- Rozkazuję Ci: Zabij go! - krzyknęłam ostatkiem sił.
- Wedle życzenia - Usłyszałam, a moja ręka opadła bezwładnie w bok.
- Litości! Litości!! Litości!!! - rozległo się nagle i nastała długa, niczym nie zmącona cisza. Po kilku minutach spróbowałam wstać, ale lewa noga natychmiast się pode mną ugięła i byłabym upadła, gdyby nie to, że demon automatycznie znalazł się obok i w ostatniej chwili złapał mnie pod ramiona.
- Dziękuję Ci... demonie - powiedziałam i skrzywiłam się lekko pod wpływem bólu w nodze i głowie, ale on nie zwrócił na to uwagi najwyraźniej się nad czymś zastanawiając.
- Jak się nazywasz? - zapytał nagle.
- Uhm - Spojrzałam na twarz swego "wybawcy".
- Nazywam się... Lili. - przygryzłam dolną wargę.
- Lili Phantomhive - dodałam po chwili walki z myślami, ale demonowi najwyraźniej to nie wystarczyło, więc postanowiłam powiedzieć coś więcej.
- Mam 13 lat. 25 sierpnia skończę 14. Moją mamą jest, czy raczej była zabita miesiąc temu lady Rachel - hrabina Phantomhive, a taty nie znam. Wychowywał mnie hrabia Vincent Phantomhive, ale w wieku sześciu lat musiałam opuścić posiadłość Phantomhive'ów - mówienie o tym nie było łatwe, ani przyjemne.
- Och? A więc muszę przybrać formę, która godzi się by służyć hrabinie - Usłyszałam i nagle w miejscu demona pojawiła się ubrana na czarno brunetka. Klęknęła na kolano i schyliła głowę.
- Twoja lojalna kamerdynerka czeka na rozkazy... panienko - powiedziała i podniosła na mnie swe szare oczy.
- Zabierz mnie stąd - wydałam pierwszy, lepszy rozkaz jaki mi przyszedł do głowy.
- Zrozumiałam - powiedziała kobieta, pochwyciła mnie na ręce i wyskoczyła przez okno, prosto w ciemność...
- Panienko? Pani Shiemi? Ktoś puka - do rzeczywistości przywołał mnie głos Kate, a po chwili usłyszałam odgłos oddalających się kroków. Założyłam rękawiczki, chwyciłam laskę i wyszłam z pokoju. Schody do hallu pokonałam tak szybko, jak mi na to pozwoliła lewa noga. Shiemi otworzyła drzwi, za którymi stała ciocia Francis. Przywołałam na twarz uśmiech i wykonałam coś pośredniego między szerokim ukłonem, a skinieniem głowy.
- Witaj ciociu Francis. Jak zwykle przybyłaś wcześniej niż się tego spodziewałam - kobieta zlustrowała mnie podejrzliwym wzrokiem.
- Mówisz tak, ale jesteś już przygotowana na mój przyjazd. Jak zwykle zresztą - ciocia westchnęła i weszła do hallu, a za nią...
- Lili! Jesteś najsłodszą istotką wszechświata! - Nie zdążyłam zarejestrować co się tak właściwie stało, gdy nagle otoczyła mnie chmara różu, "słodziutkich" wstążeczek i słodkawego zapachu.
- Elizabeth! Co ja Ci mówiłam! - krzyk ciotki Francis tylko potwierdził moje domysły co do osoby, która właśnie próbowała mnie udusić.
- Ojć! - Zielonooka wypuściła mnie ze swoich objęć i zgrabnie się ukłoniła.
- Witaj Lili - przywitała się.
- Witaj Lizzie - uśmiechnęłam się do kuzynki. Po chwili do pomieszczenia wszedł markiz Midford, a zza jego pleców wyłonił się mój narzeczony.
- Wujku Alexisie, Edwardzie - Dygnęłam lekko co wbrew pozorom nie sprawiło mi jakichś większych kłopotów.
- Witaj młoda - Wujek poklepał mnie po głowie mierzwiąc mi przy okazji włosy, a Edward uniósł mą obleczoną w rękawiczkę, prawą dłoń i musnął ją ustami.
- Witaj piękna - uśmiechnął się uwodzicielsko, patrząc mi głęboko w oczy, a ja oczywiście spłonęłam rumieńcem. W tym momencie nienawidzę tej reakcji swojego ciała. Mniejsza z tym. Razem z wujkiem i moim narzeczonym weszłam do salonu i zobaczyłam ciocię Francis wpatrującą się w okno. Mina kobiety ukazywała zgorszenie. Powędrowałam wzrokiem za spojrzeniem markizy i, aż zachłysnęłam się powietrzem.
"No, nie! Charlie! Zabiję!" wrzasnęłam w myślach. W oknie, przez które patrzyłam wraz z ciocią widoczny był żywopłot, który odgradzał mój ogród od ulicy i miał być na dzisiaj równo przycięty. Miał... Problem w tym, że nie był, a Charlie - ogrodnik zamiast wziąść się do pracy, kręcił się bez celu przy różach. Poczułam, że robi mi się słabo?
- Lili? - Usłyszałam zatroskany głos Edwarda.
- Hej! Co się stało, piękna?! - zawołał.
- To nic. - Pokręciłam głową.
- Po prostu muszę usiąść - powiedziałam widząc, że ciocia Francis chce coś powiedzieć i przysiadłam na fotelu.
- Lili? Jesteś biała jak papier. Czy ty wogóle coś jadłaś, dziewczyno? - Usłyszałam ciocię Francis i pokręciłam głową.
- To co ty tu jeszcze robisz? Marsz do jadalni! - krzyknęła kobieta głosem nieznoszącym sprzeciwu i już po chwili siedziałam w jadalni zajadając musli.
- Ależ się panienka słucha przyszłej teściowej - mruknęła moja kamerdynerka kręcąc głową z rozbawieniem. Posłałam jej spojrzenie, które zabija.
- Shiemi Clarson... ja Cię ostrzegam. Ty mnie lepiej nie denerwuj - wysyczałam przez zaciśnięte zęby. Po skończonym śniadaniu wróciłam do salonu.
- A gdzie Edward? - zapytałam rozglądając się za narzeczonym. Nagle poczułam jak czyjaś ręka oplata mnie w pasie, a przed oczami wyrósł mi bukiet moich ulubionych, herbacianych róż.
- Szesnaście wyjątkowo pięknych róż dla wyjątkowo pięknej szesnastolatki - usłyszałam szept blondyna w swym uchu i poczułam muśnięcie na prawym policzku. Okropnie zaczerwieniona i lekko speszona przyjęłam kwiaty, które odrazu wstawiłam do wazonu. Zasiadłam w swoim ulubionym fotelu kładąc "chorą" nogę na drewnianym, obitym miękkim, puchowym materiałem, podnóżku, który kiedyś zrobił dla mnie mój kucharz - Tom, a Lizzie położyła mi na kolanach gorące od spodu, kartonowe pudełko. Otworzyłam prezent i wyjęłam paterę z wciąż ciepłym ciastem.
- Bananowe... Moje ulubione - Uśmiechnęłam się. Przede mną stanął wujek Alexis.
- To Francis wybrała ten prezent, ja tylko zapłaciłem - powiedział wręczając mi torbę, w której spodziewałam się znaleźć ubranie i nie była to pomyłka. Już po chwili wyciągnęłam fioletową suknię do ziemi, na zamek, z odsłoniętymi ramionami i rozkloszowanym dołem, a do tego parę fioletowych rękawiczek do łokci, na widok których spojrzałam na ciocię pytająco.
- No bo ty zawsze nosisz rękawiczki, więc pomyślałam, żeby Ci kupić parę do kompletu z sukienką - wyjaśniła podchodząc do mnie.
- Ale wciąż nie dostałaś ode mnie głównego prezentu - dodała szukając czegoś w torebce.
- Ci-ciociu? - zapytałam, gdy wyjęła grzebień i nożyczki do włosów.
- Ach! Nie! - krzyknęłam, gdy zaczęła obcinać mi grzywkę.
"Nie mogę wiecznie w tym tkwić. Przecież to nienormalne. Powinnam iść śmiało do przodu pokonując tym samym drogę zwaną życiem, a nie wciąż rozpamiętywać przeszłość." pomyślałam.
- Shiemi, przyjdź tu - mruknęłam dotykając lewą dłonią znaku umieszczonego na prawej dłoni. Nie musiałam długo czekać na zjawienie się demonicy. Brunetka przyszła po kilku chwilach i podała mi ciepłe mleko.
- Nie musiałaś mnie wołać, panienko - powiedziała, spoglądając szarymi oczami w moje, piwne.
- Wyczułam, że panienka nie śpi - wyjaśniła, uprzedzając tym samym moje pytanie i wymownie dotknęła plastra na swym lewym policzku, pod którym chowała znak naszego kontraktu. Westchnęłam. Jak dużo nie wiem jeszcze o zasadach panujących wśród demonów? Nieważne. Mniejsza z tym. Oddałam kamerdynerce szklankę, którą ta odstawiła na nocną półkę.
- Co się właściwie stało, panienko? - zapytała z troską kobieta.
- Nic. Tylko... - umilkłam. Ciężko było mi mówić komukolwiek o tym, co mnie gryzie. Uważałam, że moje problemy to moje problemy i nie powinnam nimi nikogo obarczać.
- Tylko znowu miała panienka ten sen, prawda? - Usłyszałam i wolno pokiwałam głową.
- Ech... Czemu panienka nie chce o tym mówić? - Przez chwilę wydawało mi się, że w szarych oczach mej służącej zabłysła czerwień.
- Nieważne. Poczytasz mi coś? - zmieniłam temat.
- Jakąś książkę? - dodałam, gdy szarooka spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Oczywiście - kobieta wyszła do znajdującej się w mym gabinecie biblioteczki, jak przypuszczałam, gdyż do biblioteki, która mieściła w sobie stare, magiczne księgi i znajdowała się dokładnie pod moją sypialnią rzadko wchodziła. Demoniczna kobieta wróciła po kilku minutach trzymając w dłoniach starą książkę.
- Nie mów mi, że to "Opowiadania Babci Gąski" - w moim głosie zabrzmiała ostrzegawcza nuta.
- Zabiję - warknęłam, gdy Shiemi kiwnęła głową i z szatańskim uśmieszkiem usiadła na fotelu otwierając te stare bajki dla dzieci. Przez chwilę zastanawiałam się co by było, gdyby ktoś dowiedział się, że ja, hrabina Rosemary, stateczna i szanowana, szesnastoletnia protegowana Jej Wysokości, słucham bajek dla dzieci do poduszki! Brrr..... Doszłam do wniosku, że wolę nie wiedzieć. Zadrżałam na samą myśl, więc otuliłam się szczelnie pościelą i położyłam wygodnie w łożu. Moje powieki robiły się coraz cięższe, aż opadły całkowicie, a ja na powrót wróciłam w objęcia Morfeusza.
- Panienko, pora wstawać! - usłyszałam nagle przy akompaniamencie odsuwanych zasłon i otworzyłam zaspane oczy, które automatycznie zmrużyłam w jasnym świetle zalewającym moją sypialnię.
- Na dzisiejsze śniadanie przygotowałam owocowe musli z delikatnym jogurtem, tak, jak panienka lubi - Shiemi podała mi herbatę, a ja usiadłam na skraju łóżka i wyciągnęłam w jej stronę lewą nogę, która z racji tego, że zamiast kości miała wstawioną w kolano elastyczną śrubę, była o kilka centymetrów krótsza od prawej.
- Podać do tego szarlotkę, bułeczki z jagodami czy naleśniki z dżemem truskawkowym i bitą śmietaną? - kontynuowała brunetka ubierając mnie w podkolanówki, a ja zastanowiłam się dlaczego kobieta tak mnie dziś rozpieszcza. Najpierw moja ulubiona herbata (Earl Grey z nutką owoców leśnych), a teraz same słodkości na śniadanie? O co tu chodzi? Mój wzrok zatrzymał się na kalendarzu, a ja natychmiast wymierzyłam sobie w myślach siarczystego policzka moralnego. 25 sierpnia! Moje szesnaste urodziny! Jak mogłam zapomnieć?! Machinalnie odłożyłam filiżankę z niedopitą herbatą na nocną półkę, złapałam się kolumienki łóżka i wstałam dając tym samym znać, że kamerdynerka może już pomóc mi ubrać suknię. Gdy wszystkie części garderoby były już na swoim miejscu, chwyciłam laskę i usiadłam przy lustrze.
- Yyy... Panienko? - zaczęła demonica rozczesując moje blond włosy. Kiwnęłam lekko głową na znak, że słucham.
- Nie odpowiedziała mi panienka na pytanie - przypomniała służąca.
- Co? - burknęłam.
- Ach, tak. Racja - nagle mnie oświeciło. Dziękuję reakcjom ludzkiego ciała za to, że istnieje coś takiego jak burczenie w brzuchu.
- Dzisiaj poproszę... szarlotkę - uśmiechnęłam się, a Shiemi kiwnęła głową i zaczęła pleść mi dobieranego warkocza, a właściwie starała się zacząć, gdyż fryzura wciąż się burzyła, więc koniec końców zostawiła mi rozpuszczone włosy wkładając na nie tylko opaskę.
- Tak właściwie... - zaczęłam sięgając po filiżankę w wymyślne, chińskie wzory.
- ...jaki jest mój dzisiejszy plan dnia? - skończyłam i upiłam łyk herbaty.
- Po obiedzie, a dokładniej o trzynastej, spodziewa się panienka odwiedzin lorda Clausa i rodziny Midford: lorda Alexisa, lady Francis, lorda Edwarda i lady Elizabeth - kamerdynerka przeczytała listę z moimi zajęciami na dzisiejszy dzień.
- Podobno lord Claus kogoś przywiezie, ale nie chciał powiedzieć kogo. Aha i o szesnastej trzydzieści przyjedzie panienki przyjaciółka - lady Alice ze swoim narzeczonym - lordem Jamesem - dodała, ale ja już nie słuchałam, tylko wpatrywałam się przerażonym wzrokiem w odbicie ubranej na czarno brunetki.
- Panienko? Czy coś się sta... - zaczęła kobieta.
- Poczyniłaś już odpowiednie przygotowania na przyjazd markiza i jego rodziny, prawda? - wychrypiałam odstawiając pustą już filiżankę.
- Spokojnie, panienko. Do trzynastej jeszcze dużo czasu. Mamy dopiero dziewiątą czterdzieści pięć - usłyszałam i starałam się powstrzymać gniew pamiętając, że jest on w moim przypadku niewskazany tak samo, jak strach. Z marnym skutkiem niestety.
- Idiotka! - wydarłam się mierząc palcem w pierś służącej.
- Nie zapominaj, że mówimy tu o ciotce Francis!!! - mój wrzask słyszał pewnie każdy w Londynie. W lesie okalającym stolicę Imperium, gdzie znajdowała się moja główna rezydencja nie byłby on pewnie tak słyszalny, ale z okazji sezonu lato zawsze spędzałam w miejskiej posiadłości w samym sercu Londynu. Zaczęłam pospiesznie zakładać rękawiczki. Mój wzrok padł na pieczęć kontraktu faustowskiego na mej prawej dłoni. Zielony pentagram wpisany w zielony, ciernisty okrąg jarzył się delikatnym, fosforyzującym blaskiem przypominając mi, że kontrakt z Shiemi Clarson wciąż trwa. Przed oczami stanęły mi fragmenty tamtych wspomnień:
Biegłam przez środek głównego namiotu, w którym zwykle odbywały się cyrkowe występy, a który teraz płonął.
- Joker?! Snake?! Hej! Gdzie jesteście?! Pomóżcie mi, proszę! - nawoływałam przyjaciół i (w tamtym okresie) moją rodzinę w jednym, jednak odpowiadał mi tylko trzask płomieni na drewnianych konstrukcjach. Zaczynało brakować mi sił i pokasływałam co chwilę w gęstym dymie, ale mimo to biegłam dalej. Nagle zaczepiłam o coś nogą i przewróciłam się tracąc przytomność.
- I co z nią, doktorku? - usłyszałam głos Daggera i otworzyłam oczy. Byłam w swojej sypialni, w przytułku prowadzonym przez Ojca. Kaszlnęłam kilkukrotnie i z wdzięcznością wypiłam kilka łyków wody z podstawionej mi pod usta szklanki. Gdy już się napiłam, odsunęłam szklankę dłonią i dopiero teraz zauważyłam, że prawą rękę mam w bandażach. Przekrzywiłam lekko głowę i zobaczyłam nad sobą twarz Daggera, który przypatrywał mi się ze zmartwioną, tak do niego nie pasującą miną.
- Obudziłaś się? - usłyszałam głos doktorka i spojrzałam na mężczyznę.
- Tak - wychrypiałam. Ledwo mogłam mówić. Po chwili poczułam coś śliskiego na kołdrze i podniosłam się do siadu zmuszając moje obolałe ciało do wysiłku.
- "Wreszcie się obudziłaś. Byłaś nieprzytomna przez 2 dni. Czuwaliśmy przy tobie przez ten czas." to właśnie powiedziała Emily - Snake przetłumaczył syk jednego ze swoich podopiecznych zabierając przy okazji węża z mojej pościeli. Uśmiechnęłam się do chłopaka.
W miarę jak mijały dni ja wracałam do zdrowia. Ojciec, doktorek, Joker i pozostali opiekowali się mną i starali się wypełniać mi wolny czas rozśmieszając mnie jak tylko mogli. I wreszcie po niecałym roku wróciłam do pełni zdrowia i sił. Znowu zaczęłam występować w cyrku Noah's Ark i podróżować z jego gwiazdami po Anglii, jednak często przebywałam też u Ojca, który zmusił mnie bym pomagała okultystom w ich ceremoniach. Mój opór nic nie dał. Okultyści bardzo często mnie bili, ale ja milczałam. Przed Jokerem i pozostałymi kłamałam wymyślając, że np. spadłam ze schodów, lub coś w tym stylu. Czułam się z tym bardzo źle. Wiedziałam, że okłamywanie przyjaciół nie jest w porządku, ale jednocześnie nie chciałam ich martwić. Pewnego, grudniowego dnia przeczytałam w gazecie, że rodzina Phantomhive'ów zginęła w pożarze swej posiadłości, ale nie odnaleziono zwłok jedynego syna hrabiego i jego żony, a mimo to uznano chłopca za zmarłego. Miesiąc później dowiedziałam się, że Ciel żyje i jest w rękach okultystów. To przelało czarę goryczy. Ponownie zbuntowałam się przeciw okultystom, którzy uważali mnie za swoją własność. I znowu siedziałam skulona w kącie sali, gdzie stały klatki z przetrzymywanymi dziećmi w środku, które przypatrywały mi się ze współczuciem. W pewnym sensie moja sytuacja była taka jak ich, ale wróćmy do głównej myśli. Siedziałam skulona w kącie sali i osłaniałam głowę rękoma, żeby ten dwudziestoletni blondyn, który jak zwykle bił gdzie popadnie nie trafił mnie przypadkiem w twarz i starałam się nie myśleć o potwornym bólu w lewym kolanie i nieprzyjemnym chrupnięciu jakie usłyszałam, gdy mój oprawca rzucił mną o ścianę (mężczyzna wręcz uwielbiał mnie lać i zawsze sprawiało mu to sadystyczną przyjemność). W pewnym momencie pomyślałam sobie, że przyjęłabym pomoc nawet od samego diabła byleby tylko wydostać się z tego piekła, a po chwili...
- ...abiję, zabiję, zabij... - rozległ się czyjś mroczny głos. Mój kat odsunął się ode mnie i zaczął rozglądać. Nagle w pomieszczeniu pojawiła się mroczna postać i spojrzała na mnie.
- Och? Ale mi się malutka pani przytrafiła - znowu rozległ się pełen grozy i mroku głos, a postać zaczęła iść w moją stronę.
- To ty mnie wezwałaś - Usłyszałam.
- Prawda jest wieczna i niezmienna. Nie można odzyskać raz poświęconej rzeczy. A teraz... - Czarna ręka schwyciła mą dłoń, a moją głowę przeszył ostry ból. Już wiedziałam z kim mam do czynienia.
- ...dalej, wybieraj. Wybór należy do ciebie - demon uśmiechnął się lubieżnie.
- Ja... - zaczęłam i urwałam. Z mojej, prawej dłoni leciała obficie krew, a po chwili na jej zewnętrznej stronie zalśnił zielony pentagram.
- Rozkazuję Ci: Zabij go! - krzyknęłam ostatkiem sił.
- Wedle życzenia - Usłyszałam, a moja ręka opadła bezwładnie w bok.
- Litości! Litości!! Litości!!! - rozległo się nagle i nastała długa, niczym nie zmącona cisza. Po kilku minutach spróbowałam wstać, ale lewa noga natychmiast się pode mną ugięła i byłabym upadła, gdyby nie to, że demon automatycznie znalazł się obok i w ostatniej chwili złapał mnie pod ramiona.
- Dziękuję Ci... demonie - powiedziałam i skrzywiłam się lekko pod wpływem bólu w nodze i głowie, ale on nie zwrócił na to uwagi najwyraźniej się nad czymś zastanawiając.
- Jak się nazywasz? - zapytał nagle.
- Uhm - Spojrzałam na twarz swego "wybawcy".
- Nazywam się... Lili. - przygryzłam dolną wargę.
- Lili Phantomhive - dodałam po chwili walki z myślami, ale demonowi najwyraźniej to nie wystarczyło, więc postanowiłam powiedzieć coś więcej.
- Mam 13 lat. 25 sierpnia skończę 14. Moją mamą jest, czy raczej była zabita miesiąc temu lady Rachel - hrabina Phantomhive, a taty nie znam. Wychowywał mnie hrabia Vincent Phantomhive, ale w wieku sześciu lat musiałam opuścić posiadłość Phantomhive'ów - mówienie o tym nie było łatwe, ani przyjemne.
- Och? A więc muszę przybrać formę, która godzi się by służyć hrabinie - Usłyszałam i nagle w miejscu demona pojawiła się ubrana na czarno brunetka. Klęknęła na kolano i schyliła głowę.
- Twoja lojalna kamerdynerka czeka na rozkazy... panienko - powiedziała i podniosła na mnie swe szare oczy.
- Zabierz mnie stąd - wydałam pierwszy, lepszy rozkaz jaki mi przyszedł do głowy.
- Zrozumiałam - powiedziała kobieta, pochwyciła mnie na ręce i wyskoczyła przez okno, prosto w ciemność...
- Panienko? Pani Shiemi? Ktoś puka - do rzeczywistości przywołał mnie głos Kate, a po chwili usłyszałam odgłos oddalających się kroków. Założyłam rękawiczki, chwyciłam laskę i wyszłam z pokoju. Schody do hallu pokonałam tak szybko, jak mi na to pozwoliła lewa noga. Shiemi otworzyła drzwi, za którymi stała ciocia Francis. Przywołałam na twarz uśmiech i wykonałam coś pośredniego między szerokim ukłonem, a skinieniem głowy.
- Witaj ciociu Francis. Jak zwykle przybyłaś wcześniej niż się tego spodziewałam - kobieta zlustrowała mnie podejrzliwym wzrokiem.
- Mówisz tak, ale jesteś już przygotowana na mój przyjazd. Jak zwykle zresztą - ciocia westchnęła i weszła do hallu, a za nią...
- Lili! Jesteś najsłodszą istotką wszechświata! - Nie zdążyłam zarejestrować co się tak właściwie stało, gdy nagle otoczyła mnie chmara różu, "słodziutkich" wstążeczek i słodkawego zapachu.
- Elizabeth! Co ja Ci mówiłam! - krzyk ciotki Francis tylko potwierdził moje domysły co do osoby, która właśnie próbowała mnie udusić.
- Ojć! - Zielonooka wypuściła mnie ze swoich objęć i zgrabnie się ukłoniła.
- Witaj Lili - przywitała się.
- Witaj Lizzie - uśmiechnęłam się do kuzynki. Po chwili do pomieszczenia wszedł markiz Midford, a zza jego pleców wyłonił się mój narzeczony.
- Wujku Alexisie, Edwardzie - Dygnęłam lekko co wbrew pozorom nie sprawiło mi jakichś większych kłopotów.
- Witaj młoda - Wujek poklepał mnie po głowie mierzwiąc mi przy okazji włosy, a Edward uniósł mą obleczoną w rękawiczkę, prawą dłoń i musnął ją ustami.
- Witaj piękna - uśmiechnął się uwodzicielsko, patrząc mi głęboko w oczy, a ja oczywiście spłonęłam rumieńcem. W tym momencie nienawidzę tej reakcji swojego ciała. Mniejsza z tym. Razem z wujkiem i moim narzeczonym weszłam do salonu i zobaczyłam ciocię Francis wpatrującą się w okno. Mina kobiety ukazywała zgorszenie. Powędrowałam wzrokiem za spojrzeniem markizy i, aż zachłysnęłam się powietrzem.
"No, nie! Charlie! Zabiję!" wrzasnęłam w myślach. W oknie, przez które patrzyłam wraz z ciocią widoczny był żywopłot, który odgradzał mój ogród od ulicy i miał być na dzisiaj równo przycięty. Miał... Problem w tym, że nie był, a Charlie - ogrodnik zamiast wziąść się do pracy, kręcił się bez celu przy różach. Poczułam, że robi mi się słabo?
- Lili? - Usłyszałam zatroskany głos Edwarda.
- Hej! Co się stało, piękna?! - zawołał.
- To nic. - Pokręciłam głową.
- Po prostu muszę usiąść - powiedziałam widząc, że ciocia Francis chce coś powiedzieć i przysiadłam na fotelu.
- Lili? Jesteś biała jak papier. Czy ty wogóle coś jadłaś, dziewczyno? - Usłyszałam ciocię Francis i pokręciłam głową.
- To co ty tu jeszcze robisz? Marsz do jadalni! - krzyknęła kobieta głosem nieznoszącym sprzeciwu i już po chwili siedziałam w jadalni zajadając musli.
- Ależ się panienka słucha przyszłej teściowej - mruknęła moja kamerdynerka kręcąc głową z rozbawieniem. Posłałam jej spojrzenie, które zabija.
- Shiemi Clarson... ja Cię ostrzegam. Ty mnie lepiej nie denerwuj - wysyczałam przez zaciśnięte zęby. Po skończonym śniadaniu wróciłam do salonu.
- A gdzie Edward? - zapytałam rozglądając się za narzeczonym. Nagle poczułam jak czyjaś ręka oplata mnie w pasie, a przed oczami wyrósł mi bukiet moich ulubionych, herbacianych róż.
- Szesnaście wyjątkowo pięknych róż dla wyjątkowo pięknej szesnastolatki - usłyszałam szept blondyna w swym uchu i poczułam muśnięcie na prawym policzku. Okropnie zaczerwieniona i lekko speszona przyjęłam kwiaty, które odrazu wstawiłam do wazonu. Zasiadłam w swoim ulubionym fotelu kładąc "chorą" nogę na drewnianym, obitym miękkim, puchowym materiałem, podnóżku, który kiedyś zrobił dla mnie mój kucharz - Tom, a Lizzie położyła mi na kolanach gorące od spodu, kartonowe pudełko. Otworzyłam prezent i wyjęłam paterę z wciąż ciepłym ciastem.
- Bananowe... Moje ulubione - Uśmiechnęłam się. Przede mną stanął wujek Alexis.
- To Francis wybrała ten prezent, ja tylko zapłaciłem - powiedział wręczając mi torbę, w której spodziewałam się znaleźć ubranie i nie była to pomyłka. Już po chwili wyciągnęłam fioletową suknię do ziemi, na zamek, z odsłoniętymi ramionami i rozkloszowanym dołem, a do tego parę fioletowych rękawiczek do łokci, na widok których spojrzałam na ciocię pytająco.
- No bo ty zawsze nosisz rękawiczki, więc pomyślałam, żeby Ci kupić parę do kompletu z sukienką - wyjaśniła podchodząc do mnie.
- Ale wciąż nie dostałaś ode mnie głównego prezentu - dodała szukając czegoś w torebce.
- Ci-ciociu? - zapytałam, gdy wyjęła grzebień i nożyczki do włosów.
- Ach! Nie! - krzyknęłam, gdy zaczęła obcinać mi grzywkę.
Haha, opowiadanie jest jeszcze bardziej urocze, niżeli mi mówiłaś! :D Lizzie jest jak zwykle okropna - i za to kocham to przesłodzone, spływające lukrem i tęczą stworzenie. Tylko Ciela mi tutaj brakuje... Ostatnio bardzo lubię młodziutkich, fikcyjnych chłopców, co poradzę? xD Mam nadzieję, że będzie go tutaj chociaż trochę, chciałabym zobaczyć jego obecny stosunek względem głównej bohaterki. Bądź co bądź, jego siostrzyczki!
OdpowiedzUsuńKilka szczególików co prawda mnie lekko drażniło, ponieważ było nie na miejscu, były jednak one w większości naprawdę drobne i nieistotne. (Przykład - zamek błyskawiczny w sukience. W tej części garderoby zamki błyskawiczne znalazły zastosowanie dopiero w XX wieku... Gdzieś tak w czasie drugiej wojny światowej. Widzisz, takie drobiażdżki mam na myśli. XD Ale nevermind, to świat Kuroszka, gdzie grabarze w dziewiętnastym wieku posługują się kosiarkami i piłami mechanicznymi zamiast stereotypowymi koszami... XD.)
Ogółem rzecz biorąc, bardzo mi się podobało! :D Rozdział długi, acz bardzo przyjemny. Oby tak dalej, Nikola... Kinia! :D
~Agata
Dzięki za komentarz Agata. Faktycznie z tym zamkiem błyskawicznym to mi umknęło, ale nie będę już poprawiać. Lenia mam XD. Co do Ciela to pojawi się on w następnym rozdziale i będzie już wiedział, że ma starszą siostrzyczkę (bo przecież czyta gazety XD) tylko tyle, że na początku będzie wobec niej strasznie nieufny (tyle mogę powiedzieć, ale... Ciiiiii... reszty nie zdradzam, bo bym zepsuła). Co do Lizzie to nie mogłam sobie darować, by nie wpleść w fabułę jej słodyczy, a Edward... no cóż. Nie mam jeszcze tomów, w których on występuje, więc postanowiłam go wykreować na takiego trochę romantyka. :) No i oczywiście nie mogło mi zabraknąć ciotki Francis i jej fioła na punkcie fryzury i porządnego uczesania :D No to chyba tyle. Aha mogę Ci jeszcze zdradzić, że ożywiłam rodziców Ciela (wszystkiego dowiesz się w następnym rozdziale, w którym wyjaśni się również o co chodzi z gazetą, o której już wspomniałam). A rozdział drugi, bo w żadnym momencie mi nie pasowało, żeby przerywać. Tak się w akcję wkręciłam :P Naprawdę bardzo Ci dziękuję za komentarz :) Pozdrowionka.
UsuńPS. Jak coś to o nowych rozdziałach mogę Cię informować na FB.
No to lecimy z betą:
OdpowiedzUsuńskapnęła z mego policzka pokręciłam głową. – skapnęła z mojego policzka, pokręciłam głową
~ Nie mogę wiecznie w tym tkwić. Przecież to nienormalne. Powinnam iść śmiało do przodu pokonując tym samym drogę zwaną życiem, a nie wciąż rozpamiętywać przeszłość. ~ – Myśli w tekście zaznacza się kursywą, jako dialog z didaskaliami „pomyślała” lub podobnymi albo w cudzysłowie. Nie w tyldach, tyldy to zło :P.
- Shiemi, przyjdź tu. - mruknęłam – Dialogi zapisujemy ze wcięciem w akapicie, od półpauzy (– ctrl i minus na klawiaturze numerycznej) albo pauzy (—ctrl + alt i minus na klawiaturze numerycznej) nie tak, jak to robisz: od dywizu (-). Druga rzecz. Jeśli po końcu zdania następują didaskalia mówiące o sposobie, w jaki postać coś powiedziała (mruknęła, powiedziała, krzyknęła), na końcu zdania nie stawiamy kroki (wykrzyknik, znak zapytania i wielokropek stawiamy zawsze), a potem rozpoczynamy didaskalia od małej litery. Czyli powinno to wyglądać tak: „– Shiemi, przyjdź tu – mruknęłam”. Ten błąd powtarza się w całym tekście, więc zaznaczę to tylko tutaj i dalej już nie będę, bo musiałabym komentarz na kilka części dzielić :P.
powiedziała spoglądając – powiedziała, spoglądając
swoimi szarymi oczami w moje, piwne. – To „swoimi” jest zbędne, wiadomo, że nie patrzyła cudzymi xD.
wyjaśniła uprzedzając – wyjaśniła, uprzedzając. Przed wszystkimi zdaniami składowymi, które zawierają czasownik z końcówką -ąc, stawiamy przecinek. Tego też dalej nie będę już wytykać :P.
- Co się właściwie stało, panienko? - zapytała z troską kobieta. – To się zaczyna w środku tekstu, a powinno od nowego wiersza :P.
Ciężko było mi mówić komukolwiek o tym co mnie gryzie. – o tym, co mnie gryzie.
powinnam nimi nikogo obciążać. – Obarczać brzmiałoby lepiej.
- Tylko znowu miała panienka ten sen, prawda? – usłyszałam – A w tego typu zdaniach, kiedy didaskalia nie dotyczą sposobu, w jaki wypowiedziano daną kwestię, zaczyna się didaskalia wielką literą.
dodałam, gdy szarooka – Określanie postaci ze względu na kolor oczu/włosów/skóry nie jest błędem, ale nie nadużywaj tego (to tak na przyszłość), bo to świadczy o nieporadności językowej.
„małej biblioteki" (…) "wielkiej biblioteki" – Może po prostu biblioteczki? Wtedy te cudzysłowy byłyby zbędne.
Usuńznajdującej się dokładnie pod moją sypialnią, która mieściła w sobie stare, magiczne księgi – Z konstrukcji zdania wynika, że sypialnia mieściła w sobie magiczne księgi. Lepiej rozbić to na dwa zdania albo oddzielić któreś wtrącenie za pomocą półpauz.
"Opowiadania Babci Gąski" – <3. Tylko Opowieści Babci Gąski to chyba nie były baśnie a zwykłe bajki :P
hrabina Rosemary, stateczna i szanowana, szesnastoletnia protegowana Jej Wysokości słucham bajek dla dzieci do poduszki! – Przecinek po „Wysokości”.
Wolałam o tym nawet nie myśleć. Zadrżałam na samą myśl – myśleć, myśl – powtórzenie.
w moim łożu. Moje powieki – powtórzenie „moje”. W ogóle nadużywasz tego „moje” „jej” itp., warto miejscami pozamieniać to na inne słowa, żeby było barwniej i się nie powtarzało :P.
tak jak panienka lubi. – tak, jak panienka lubi.
elastyczną śrubę – co?! Ja się nie znam, serio jest takie coś? xD
Podać do tego szarlotkę, bułeczki z jagodami, czy naleśniki z dżemem truskawkowym i bitą śmietaną? – bez przecinka po „czy”. Przy wymieniania, po pierwszym „czy” nigdy go nie ma, pojawia się dopiero przy kolejnym. Tak samo jest w przypadku „albo”.
ubierając mi podkolanówki – ubierając MNIE w podkolanówki. Po co ubierać ubranie? xD
a ja zastanowiłam się – w tym kontekście: zastanawiałam
chińskie wzorki – wzory, motywy – wzroki brzmi strasznie infantylnie xD
- Po obiedzie, a dokładniej o 13.00 spodziewa – Przecinek przed „spodziewa” bo to wtrącenie, a takie oddzielamy przecinkami z obu stron. No i liczby, godziny i tym podobne, zapisujemy w opowiadaniu, a już na pewno w dialogach(!) SŁOWNIE.
tak samo jak strach. – tak samo, jak strach.
ubierać rękawiczki – zakładać
przypominając mi, że mój – znowu to mój, moje :P
W miarę jak mijały dni ja wracałam do zdrowia. – W miarę jak mijały dni, ja wracałam do zdrowia.
To by było na tyle, dalej mi się nie chce, zresztą to chyba wystarczy na początek, żeby pokazać, nad czym musisz popracować. Jak widzisz, nie ma jakieś tragedii. Większość błędów wynika z nieznajomości kilku prostych zasad i z nieporadności językowej, ale to się nabywa w trakcie. Myślę, że spokojnie sobie z tym poradzisz^^
No i zapraszam do siebie. Jutro nowy rozdział opowiadania kuroshitsuji. http://czarnarozademona.blogspot.com
Dzięki za betę. Zaraz to wszystko poprawię (albo postaram się poprawić). Matko, nawet nie przypuszczałam, że mogę narobić tyle błędów, ale... no cóż tak, jak mi już napisałaś pisanie na czas nie wychodzi. Tak, więc... dziękuję Ci. Jak już napisałam w odpowiedzi na Twój komentarz pod prologiem (nie wiem, czy czytałaś) potrzebuję czytelników, którzy komentując wskazaliby mi błędy i ewentualnie podpowiedzieli jak ich unikać w przyszłości, bo przecież nikt nie chce opowiadań z błędami :) Tak, więc naprawdę dziękuję zas betę i pozdrawiam
UsuńPoczątkujący pisarze powinni się spierać ;) Świetny rozdział, a po poprzednikach nie mam już nic do dodania :)
OdpowiedzUsuńZapraszam do siebie :D
www.kuroafterstory.blogspot.com
Dziękuję, że się odezwałaś (albo odezwałeś :D). Bardzo chętnie skorzystam i zajrzę na twojego bloga. Masz rację, początkujący pisarze powinni się wspierać. Cieszę się, że rozdział Ci się podoba i mam nadzieję, że następne również Cię nie zawiodą. Pozdrawiam
Usuń