Prolog
Londyn, rok 1878:
Przez zaśnieżone miasto, popołudniową porą jechał powóz zaprzężony w dwa czarne konie, które powożący, starszy mężczyzna zaganiał w stronę lasu znajdującego się na obrzeżach stolicy. Mijający karocę ludzie uśmiechali się miło i machali do wyglądającej z ciekawością przez okno blondwłosej, sześcioletniej dziewczynki. Wreszcie po długiej jeździe przez las powóz zatrzymał się przed imponujących rozmiarów willą należącą do hrabiego Phantomhive. Tuż po otwarciu przez staruszka drzwi karocy sześciolatka wysiadła i tanecznym krokiem skierowała się w stronę domu. Gdy wreszcie stanęła w ogromnym hallu nabrała powietrza w płuca.
- Mamo, tato, braciszku, wróciłam! - zawołała i uśmiechnęła się delikatnie, gdy na półpiętrze zobaczyła swojego młodszego brata.
- Sioscycka! - krzyknął uradowany chłopiec i puścił się pędem w stronę dziewczynki.
- Stęskniłem się za tobą. - powiedział przytulając się z całych sił do uśmiechniętej siostry.
- Ja też tęskniłam. - zaśmiała się blondynka i złożyła delikatny pocałunek na granatowych włosach chłopca.
- Pokaz nową scucke. - poprosił granatowowłosy.
- Ciel, synku daj siostrze odpocząć dopiero wróciła. - odezwała się Rachel wchodząc do hallu.
- Witaj mamusiu. - uśmiechnęła się sześciolatka wyswobadzając z objęć brata.
- Witaj Lili, mój mały promyczku. - uśmiechnęła się do córki kobieta. Nagle do kobiety i dzieci dołączył mężczyzna z granatowymi włosami.
- Tatuś! - zawołał Ciel unosząc małe rączki do góry. Vincent zaśmiał się i wziął syna na ręce.
- Będąc w gabinecie usłyszałem jakieś zamieszanie, więc postanowiłem sprawdzić, czy przypadkiem nie wróciła mała gwiazdeczka. - powiedział patrząc na córkę. - I miałem rację jak widzę. - dodał po chwili, a dziewczynka zgrabnie się ukłoniła.
- Witaj tato. - powiedziała i pobiegła za panem Tanaką, który wnosił bagaże panienki do jej sypialni. Lili weszła do pomalowanego na jasny fiolet pokoju i wskoczyła na łóżko.
~ Wreszcie w domu. ~ pomyślała. Po chwili usłyszała ciche pukanie do drzwi i podniosła się do siadu delikatnie, ale wymownie przy tym wzdychając. Ciel zawsze pukał mimo iż wiedział, że nie musi. Czy on się nigdy nie nauczy..?
- Wejdź braciszku, śmiało. - po usłyszeniu przyzwolenia chłopiec wszedł do świętego azylu starszej siostry i usiadł na podłodze, a dziewczynka zaczęła opowiadać o tym co zdarzyło się w szkole prezentując przy okazji kilka nowo nabytych umiejętności. Wszystko było tak jak zawsze: tata pracował w swoim gabinecie, mama przesiadywała z ciocią An w altanie, Ciel śmiał się radośnie oglądając pokazywane przez siostrę sztuczki, a pan Tanaka pilnował dzieci popijając przy tym herbatę. Nic nie wskazywało na katastrofę, a jednak Lili czuła, że coś jest nie tak. Z takim przeświadczeniem spędziła przyjęcie z okazji trzecich urodzin swojego brata i z tym uczuciem kładła się wieczorem do łóżka. Jednak blondynka nie spodziewała się, że jej przypuszczenia sprawdzą się tej samej nocy.
- Lili? Śpis sioscycko? - usłyszała nagle szept w swym uchu i otworzyła zaspane oczy.
- Już nie. - ziewnęła.
- To się ze mną pobaw. - poprosił chłopiec
- Braciszku litości. Wiesz, która godzina? - zajęczała marudnie dziewczynka.
- To co? Pobaw się ze mną. - nie zrażał się trzylatek. - Plose. - wbił w blondynkę błagalne spojrzenie.
- Nie, Ciel. - odrzekła stanowczo sześciolatka. - Noc jest po to, żeby spać. Pobawimy się rano. - dodała widząc, że mały nie ma zamiaru odpuścić.
- A-ale... - chlipnął niebieskooki.
- Tylko nie płacz. To i tak nic ci nie... - Ciel przerwał Lili łapiąc ją za rękę i wyciągając z łóżka. Dziewczynka westchnęła. Nie miała siły opierać się bratu, więc pozwoliła mu zaprowadzić się do salonu. Gdy stanęli w pomieszczeniu blondynka, wiedząc o co chodzi chłopcu, pstryknęła palcami, a pod sufitem zajaśniało letnie słońce. Nie był to jednak koniec, a zaledwie początek.
- Śnieg! Cem śnieg! - zaśmiał się Ciel.
- Co tylko sobie zażyczysz. - uśmiechnęła się Lili, a podłogę zaczął pokrywać biały puch.
- A teraz motylki. - powiedział trzylatek.
- I co jeszcze? Może ptaki i jesienne liście? Czy może wolisz sztuczne ognie? - zaproponowała sześciolatka.
- Wsysko naras. - usłyszała w odpowiedzi i pokręciła głową.
- Oczywiście. - chłopiec zaśmiał się tylko na odpowiedź siostry.
- Bitwa na śnieżki! - zakrzyknęła w pewnym momencie Lili.
- Taak!! - odkrzyknął radośnie Ciel.
Gdyby ktoś zajrzał teraz przez okno do salonu w posiadłości Phantomhive'ów pomyślałby zapewne, że źle widzi lub coś w tym rodzaju. Zobaczyłby bowiem skąpane w promieniach letniego słońca pomieszczenie, po którym latały kolorowe motyle i różnych gatunków ptaki, a całość tej dziwnej scenerii zwieńczał obraz dwójki małych dzieci w piżamach, które biegały boso po zaśnieżonej podłodze rzucając w siebie śnieżkami. W pewnym momencie Ciel zarządził konkurs na lepienie bałwana, więc rodzeństwo odeszło w dwa osobne kąty, żeby sobie nie przeszkadzać (głównie dlatego, że Lili do ulepienia śnieżnego ludka używała magii). Chłopiec nie mógł jednak wytrzymać bez psoty. W pewnym momencie ulepił śnieżną kulkę i rzucił nią w plecy maksymalnie skupionej Lili. Gdy śnieżka trafiła w dziewczynkę, ta aż podskoczyła i pisnęła z przerażenia. W tym samym momencie z ręki blondynki (która zabolała jak kopnięta prądem) wyzwoliło się niezidentyfikowane dla sześciolatki "coś", co rozwaliło jej ledwo skończonego bałwanka i odleciało w miejsce, skąd przyleciała śnieżna bomba.
- Ciel!!! - krzyknęła wściekła na maksa Lili jednak nie usłyszała odzewu, więc obróciła się i zobaczyła leżące w przeciwległym kącie podłogi bezwładne ciało chłopca. Na ten widok zerwała się na równe nogi i podbiegła do nieprzytomnego dziecka.
- B-braciszku?! Ciel!!! - krzyknęła spanikowana potrząsając bratem, ale nie przynosiło to żadnego efektu, więc dziewczynka zaczęła rozpaczliwie wzywać rodziców. Gdy Rachel i Vincentowi udało się wreszcie otworzyć unieruchomione przez tropikalną roślinę pnącą drzwi i wejść do pomieszczenia w pierwszej chwili stanęli wstrząśnięci na widok jaki zastali w salonie. I nie, nie chodziło wcale o zaśnieżoną podłogę, gorejące pod sufitem słońce, czy latające tu i tam motyle gonione przez ptaki, gdyż wiele razy widywali podobne sceny. Chodziło o ciało nieprzytomnego Ciela w ramionach płaczącej Lili. Małżeństwu wystarczyła tylko chwila ciszy, by zrozumieć co się stało i już po kilku minutach czwórka Phantomhive'ów była w drodze do lady Madlen - nauczycielki magii. Gdy dojechali na miejsce kobieta bez zbędnych pytań wpuściła ich do środka i położyła dłoń na czole nieprzytomnego chłopca.
- Na szczęście to nic poważnego. - westchnęła z ulgą. - Saro, przynieś mi księgę o magii leczniczej na nagłe przypadki. - zwróciła się do stojącej przy drzwiach służki. Gdy kobieta wróciła, lady Madlen chwyciła grubą księgę i zaczęła ją kartkować mrucząc pod nosem różne tytuły. Wreszcie trafiła na odpowiedni. Ponownie położyła rękę na czole Ciela i wypowiedziała zaklęcie w niezrozumiałym języku, w którym Lili rozpoznała tak zwany "język dawnych dni", o którym kiedyś czytała, ale nie rozumiała słów. Gdy nauczycielka sześciolatki skończyła recytować formułkę, Ciel zaczął równo i spokojnie oddychać.
- I po wszystkim. - uśmiechnęła się kobieta. - Ale... - zaczęła, zabierając dłoń z czoła błękitnookiego chłopczyka, a za nią powędrowała srebrna mgła, które przekształciła się w obrazy przedstawiające wspólne chwile rodzeństwa. - ...on nie może tego pamiętać. - skończyła i machnęła ręką, a wspomnienia zaczęły się zmieniać. Cała magia blondynki zniknęła i została zastąpiona przez "niemagiczną rzeczywistość".
- Nie będzie pamiętał, że umiem czarować, prawda? - nie, Lili nie zapytała, a stwierdziła fakt, na co lady Madlen pokiwała w milczeniu głową.
- Ale dlaczego? - w piwnych oczach blondynki pojawiły się łzy, a jej nauczycielka westchnęła.
- Posłuchaj, moja uczennico... - zaczęła kobieta, starannie dobierając słowa. - ...twoja moc będzie stale rosnąć i stawać się coraz to potężniejsza, aż w końcu przyjdzie taki moment, że będzie ci naprawdę trudno nad nią zapanować, rozumiesz to, prawda? - Lili w milczeniu pokiwała głową.
- Skoro coraz ciężej będzie mi nad nią panować... Czy to znaczy, że będę stawać się coraz bardziej niebezpieczna, moja nauczycielko? - zapytała w końcu dziewczynka, jak zwykle zadziwiając lady Madlen swoją bystrą i nad wyraz inteligentną naturą bycia.
- Tak. - kobieta z ciężkim sercem potwierdziła obawy sześciolatki. - Już pomału tracisz kontrolę nad swoim darem, gdy się boisz lub gniewasz. - dopowiedziała.
- Ale dlaczego tak jest? - spytała Rachel, przerywając konfrontację córki z jej nauczycielką.
- Nie mam pojęcia. - przyznała lady Madlen ze strapioną miną.
Gdy rodzina wróciła do domu, Rachel położyła śpiącego synka do łóżka i wróciła do hallu. Vincent spojrzał na córkę tak, jakby ta była odpowiedzialna za wszelkie zło tego świata.
- Zabieraj manatki i fora ze dwora! - warknął.
- C-co?! Vincent! Ty chyba nie mówisz poważnie?! Przecież Lili potrzebuje na... - Rachel próbowała stanąć w obronie córki, ale wystarczyło jedno spojrzenie jej męża, by umilkła.
- Nie, Rachel. Nie mam zamiaru wychowywać dłużej nieswojego dziecka, które w dodatku stanowi zagrożenie dla naszego syna. - powiedział Vincent stanowczo. - Jeszcze tu jesteś? - zwrócił się do blondynki. - Ciesz się, że pozwalam ci zabrać swoje rzeczy. - dodał widząc, że sześciolatka nie ruszyła się z miejsca. Dziewczynka już otwierała usta, żeby zaprotestować, czy poprosić mamę o pomoc, ale wystarczyło jej jedno spojrzenie na twarz matki, by przekonać się, że nie uzyska od niej wsparcia, więc rzuciła ojcu nienawistne spojrzenie i wbiegła po schodach. Wpadła do sypialni i starając się ukryć łzy zaczęła pakować najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy skończyła, zeszła na dół. Vincenta i jego żony już nie było, widocznie nie chcieli już dłużej na nią patrzeć. Dziewczynka westchnęła, po raz ostatni rozejrzała się po hallu posiadłości, po czym wyszła trzaskając za sobą drzwiami. Wtedy z jej oczu pociekły potoki łez, a piwnooka blondynka zaczęła powoli iść przez las. Już wiedziała, gdzie ma się udać.
Londyn, dziesięć lat później:
Obudziłam się cała mokra od potu i usiadłam na łóżku. Przetarłam oczy, które były pełne łez, jak się okazało. Przez chwilę po prostu siedziałam w ciemności, ale po chwili spojrzałam za okno. Niebo było pełne gwiazd, a księżyc w pełni oświetlał swym blaskiem cały Londyn.
~ Co za głupi sen... ~ pomyślałam, zastanawiając się przy okazji, dlaczego znowu śnił mi się ten moment. Moment, w którym ojciec wygnał mnie z domu...
Przez zaśnieżone miasto, popołudniową porą jechał powóz zaprzężony w dwa czarne konie, które powożący, starszy mężczyzna zaganiał w stronę lasu znajdującego się na obrzeżach stolicy. Mijający karocę ludzie uśmiechali się miło i machali do wyglądającej z ciekawością przez okno blondwłosej, sześcioletniej dziewczynki. Wreszcie po długiej jeździe przez las powóz zatrzymał się przed imponujących rozmiarów willą należącą do hrabiego Phantomhive. Tuż po otwarciu przez staruszka drzwi karocy sześciolatka wysiadła i tanecznym krokiem skierowała się w stronę domu. Gdy wreszcie stanęła w ogromnym hallu nabrała powietrza w płuca.
- Mamo, tato, braciszku, wróciłam! - zawołała i uśmiechnęła się delikatnie, gdy na półpiętrze zobaczyła swojego młodszego brata.
- Sioscycka! - krzyknął uradowany chłopiec i puścił się pędem w stronę dziewczynki.
- Stęskniłem się za tobą. - powiedział przytulając się z całych sił do uśmiechniętej siostry.
- Ja też tęskniłam. - zaśmiała się blondynka i złożyła delikatny pocałunek na granatowych włosach chłopca.
- Pokaz nową scucke. - poprosił granatowowłosy.
- Ciel, synku daj siostrze odpocząć dopiero wróciła. - odezwała się Rachel wchodząc do hallu.
- Witaj mamusiu. - uśmiechnęła się sześciolatka wyswobadzając z objęć brata.
- Witaj Lili, mój mały promyczku. - uśmiechnęła się do córki kobieta. Nagle do kobiety i dzieci dołączył mężczyzna z granatowymi włosami.
- Tatuś! - zawołał Ciel unosząc małe rączki do góry. Vincent zaśmiał się i wziął syna na ręce.
- Będąc w gabinecie usłyszałem jakieś zamieszanie, więc postanowiłem sprawdzić, czy przypadkiem nie wróciła mała gwiazdeczka. - powiedział patrząc na córkę. - I miałem rację jak widzę. - dodał po chwili, a dziewczynka zgrabnie się ukłoniła.
- Witaj tato. - powiedziała i pobiegła za panem Tanaką, który wnosił bagaże panienki do jej sypialni. Lili weszła do pomalowanego na jasny fiolet pokoju i wskoczyła na łóżko.
~ Wreszcie w domu. ~ pomyślała. Po chwili usłyszała ciche pukanie do drzwi i podniosła się do siadu delikatnie, ale wymownie przy tym wzdychając. Ciel zawsze pukał mimo iż wiedział, że nie musi. Czy on się nigdy nie nauczy..?
- Wejdź braciszku, śmiało. - po usłyszeniu przyzwolenia chłopiec wszedł do świętego azylu starszej siostry i usiadł na podłodze, a dziewczynka zaczęła opowiadać o tym co zdarzyło się w szkole prezentując przy okazji kilka nowo nabytych umiejętności. Wszystko było tak jak zawsze: tata pracował w swoim gabinecie, mama przesiadywała z ciocią An w altanie, Ciel śmiał się radośnie oglądając pokazywane przez siostrę sztuczki, a pan Tanaka pilnował dzieci popijając przy tym herbatę. Nic nie wskazywało na katastrofę, a jednak Lili czuła, że coś jest nie tak. Z takim przeświadczeniem spędziła przyjęcie z okazji trzecich urodzin swojego brata i z tym uczuciem kładła się wieczorem do łóżka. Jednak blondynka nie spodziewała się, że jej przypuszczenia sprawdzą się tej samej nocy.
- Lili? Śpis sioscycko? - usłyszała nagle szept w swym uchu i otworzyła zaspane oczy.
- Już nie. - ziewnęła.
- To się ze mną pobaw. - poprosił chłopiec
- Braciszku litości. Wiesz, która godzina? - zajęczała marudnie dziewczynka.
- To co? Pobaw się ze mną. - nie zrażał się trzylatek. - Plose. - wbił w blondynkę błagalne spojrzenie.
- Nie, Ciel. - odrzekła stanowczo sześciolatka. - Noc jest po to, żeby spać. Pobawimy się rano. - dodała widząc, że mały nie ma zamiaru odpuścić.
- A-ale... - chlipnął niebieskooki.
- Tylko nie płacz. To i tak nic ci nie... - Ciel przerwał Lili łapiąc ją za rękę i wyciągając z łóżka. Dziewczynka westchnęła. Nie miała siły opierać się bratu, więc pozwoliła mu zaprowadzić się do salonu. Gdy stanęli w pomieszczeniu blondynka, wiedząc o co chodzi chłopcu, pstryknęła palcami, a pod sufitem zajaśniało letnie słońce. Nie był to jednak koniec, a zaledwie początek.
- Śnieg! Cem śnieg! - zaśmiał się Ciel.
- Co tylko sobie zażyczysz. - uśmiechnęła się Lili, a podłogę zaczął pokrywać biały puch.
- A teraz motylki. - powiedział trzylatek.
- I co jeszcze? Może ptaki i jesienne liście? Czy może wolisz sztuczne ognie? - zaproponowała sześciolatka.
- Wsysko naras. - usłyszała w odpowiedzi i pokręciła głową.
- Oczywiście. - chłopiec zaśmiał się tylko na odpowiedź siostry.
- Bitwa na śnieżki! - zakrzyknęła w pewnym momencie Lili.
- Taak!! - odkrzyknął radośnie Ciel.
Gdyby ktoś zajrzał teraz przez okno do salonu w posiadłości Phantomhive'ów pomyślałby zapewne, że źle widzi lub coś w tym rodzaju. Zobaczyłby bowiem skąpane w promieniach letniego słońca pomieszczenie, po którym latały kolorowe motyle i różnych gatunków ptaki, a całość tej dziwnej scenerii zwieńczał obraz dwójki małych dzieci w piżamach, które biegały boso po zaśnieżonej podłodze rzucając w siebie śnieżkami. W pewnym momencie Ciel zarządził konkurs na lepienie bałwana, więc rodzeństwo odeszło w dwa osobne kąty, żeby sobie nie przeszkadzać (głównie dlatego, że Lili do ulepienia śnieżnego ludka używała magii). Chłopiec nie mógł jednak wytrzymać bez psoty. W pewnym momencie ulepił śnieżną kulkę i rzucił nią w plecy maksymalnie skupionej Lili. Gdy śnieżka trafiła w dziewczynkę, ta aż podskoczyła i pisnęła z przerażenia. W tym samym momencie z ręki blondynki (która zabolała jak kopnięta prądem) wyzwoliło się niezidentyfikowane dla sześciolatki "coś", co rozwaliło jej ledwo skończonego bałwanka i odleciało w miejsce, skąd przyleciała śnieżna bomba.
- Ciel!!! - krzyknęła wściekła na maksa Lili jednak nie usłyszała odzewu, więc obróciła się i zobaczyła leżące w przeciwległym kącie podłogi bezwładne ciało chłopca. Na ten widok zerwała się na równe nogi i podbiegła do nieprzytomnego dziecka.
- B-braciszku?! Ciel!!! - krzyknęła spanikowana potrząsając bratem, ale nie przynosiło to żadnego efektu, więc dziewczynka zaczęła rozpaczliwie wzywać rodziców. Gdy Rachel i Vincentowi udało się wreszcie otworzyć unieruchomione przez tropikalną roślinę pnącą drzwi i wejść do pomieszczenia w pierwszej chwili stanęli wstrząśnięci na widok jaki zastali w salonie. I nie, nie chodziło wcale o zaśnieżoną podłogę, gorejące pod sufitem słońce, czy latające tu i tam motyle gonione przez ptaki, gdyż wiele razy widywali podobne sceny. Chodziło o ciało nieprzytomnego Ciela w ramionach płaczącej Lili. Małżeństwu wystarczyła tylko chwila ciszy, by zrozumieć co się stało i już po kilku minutach czwórka Phantomhive'ów była w drodze do lady Madlen - nauczycielki magii. Gdy dojechali na miejsce kobieta bez zbędnych pytań wpuściła ich do środka i położyła dłoń na czole nieprzytomnego chłopca.
- Na szczęście to nic poważnego. - westchnęła z ulgą. - Saro, przynieś mi księgę o magii leczniczej na nagłe przypadki. - zwróciła się do stojącej przy drzwiach służki. Gdy kobieta wróciła, lady Madlen chwyciła grubą księgę i zaczęła ją kartkować mrucząc pod nosem różne tytuły. Wreszcie trafiła na odpowiedni. Ponownie położyła rękę na czole Ciela i wypowiedziała zaklęcie w niezrozumiałym języku, w którym Lili rozpoznała tak zwany "język dawnych dni", o którym kiedyś czytała, ale nie rozumiała słów. Gdy nauczycielka sześciolatki skończyła recytować formułkę, Ciel zaczął równo i spokojnie oddychać.
- I po wszystkim. - uśmiechnęła się kobieta. - Ale... - zaczęła, zabierając dłoń z czoła błękitnookiego chłopczyka, a za nią powędrowała srebrna mgła, które przekształciła się w obrazy przedstawiające wspólne chwile rodzeństwa. - ...on nie może tego pamiętać. - skończyła i machnęła ręką, a wspomnienia zaczęły się zmieniać. Cała magia blondynki zniknęła i została zastąpiona przez "niemagiczną rzeczywistość".
- Nie będzie pamiętał, że umiem czarować, prawda? - nie, Lili nie zapytała, a stwierdziła fakt, na co lady Madlen pokiwała w milczeniu głową.
- Ale dlaczego? - w piwnych oczach blondynki pojawiły się łzy, a jej nauczycielka westchnęła.
- Posłuchaj, moja uczennico... - zaczęła kobieta, starannie dobierając słowa. - ...twoja moc będzie stale rosnąć i stawać się coraz to potężniejsza, aż w końcu przyjdzie taki moment, że będzie ci naprawdę trudno nad nią zapanować, rozumiesz to, prawda? - Lili w milczeniu pokiwała głową.
- Skoro coraz ciężej będzie mi nad nią panować... Czy to znaczy, że będę stawać się coraz bardziej niebezpieczna, moja nauczycielko? - zapytała w końcu dziewczynka, jak zwykle zadziwiając lady Madlen swoją bystrą i nad wyraz inteligentną naturą bycia.
- Tak. - kobieta z ciężkim sercem potwierdziła obawy sześciolatki. - Już pomału tracisz kontrolę nad swoim darem, gdy się boisz lub gniewasz. - dopowiedziała.
- Ale dlaczego tak jest? - spytała Rachel, przerywając konfrontację córki z jej nauczycielką.
- Nie mam pojęcia. - przyznała lady Madlen ze strapioną miną.
Gdy rodzina wróciła do domu, Rachel położyła śpiącego synka do łóżka i wróciła do hallu. Vincent spojrzał na córkę tak, jakby ta była odpowiedzialna za wszelkie zło tego świata.
- Zabieraj manatki i fora ze dwora! - warknął.
- C-co?! Vincent! Ty chyba nie mówisz poważnie?! Przecież Lili potrzebuje na... - Rachel próbowała stanąć w obronie córki, ale wystarczyło jedno spojrzenie jej męża, by umilkła.
- Nie, Rachel. Nie mam zamiaru wychowywać dłużej nieswojego dziecka, które w dodatku stanowi zagrożenie dla naszego syna. - powiedział Vincent stanowczo. - Jeszcze tu jesteś? - zwrócił się do blondynki. - Ciesz się, że pozwalam ci zabrać swoje rzeczy. - dodał widząc, że sześciolatka nie ruszyła się z miejsca. Dziewczynka już otwierała usta, żeby zaprotestować, czy poprosić mamę o pomoc, ale wystarczyło jej jedno spojrzenie na twarz matki, by przekonać się, że nie uzyska od niej wsparcia, więc rzuciła ojcu nienawistne spojrzenie i wbiegła po schodach. Wpadła do sypialni i starając się ukryć łzy zaczęła pakować najpotrzebniejsze rzeczy. Gdy skończyła, zeszła na dół. Vincenta i jego żony już nie było, widocznie nie chcieli już dłużej na nią patrzeć. Dziewczynka westchnęła, po raz ostatni rozejrzała się po hallu posiadłości, po czym wyszła trzaskając za sobą drzwiami. Wtedy z jej oczu pociekły potoki łez, a piwnooka blondynka zaczęła powoli iść przez las. Już wiedziała, gdzie ma się udać.
Londyn, dziesięć lat później:
Obudziłam się cała mokra od potu i usiadłam na łóżku. Przetarłam oczy, które były pełne łez, jak się okazało. Przez chwilę po prostu siedziałam w ciemności, ale po chwili spojrzałam za okno. Niebo było pełne gwiazd, a księżyc w pełni oświetlał swym blaskiem cały Londyn.
~ Co za głupi sen... ~ pomyślałam, zastanawiając się przy okazji, dlaczego znowu śnił mi się ten moment. Moment, w którym ojciec wygnał mnie z domu...
Tak, jak mówiłam - jestem.
OdpowiedzUsuńPomysł na historię wydaje się ciekawy, chociaż mam wrażenie, że pisałaś w pośpiechu. Rozdział wymaga wielu poprawek interpunkcyjnych i trochę językowych, ale to nic, czego nie dałoby się jakoś nadrobić. Początki są ciężkie, dlatego warto już teraz się uczyć, poprawiać błędy i pracować, żeby jak najszybciej podnieść swój poziom. Sądzę, że będziesz w stanie to zrobić. Jeśli chcesz, jak będę miała chwilę wolnego, to mogę wskazać Ci błędy, żebyś wiedziała, nad czym dokładnie popracować.
No i przydałyby się jakieś barwne, dłuższe opisy. Ja wiem, że to się łatwo mówi - jak patrzę na swoje pierwszze rozdziały, to jestem załamana. Jednak ważne, żeby się nie poddawać i pracować, żeby z czasem osiągnąć zadowalający poziom.
Pierwszy rozdział przeczytam innym razem - dziś mam jeszcze trochę pracy. Ale życzę weny i czasu, żebyś nie musiała się dzielić komputerem i mogła spokojnie tworzyć, bo jednak pisanie na czas nie wychodzi nawet najlepszym na dłuższą metę.
Jeszcze jedno - to białe tło wierszy tekstu jest irytujące. Nie wiem, jak wygląda szablon na kompie - jestem obecnie na fonie, ale w komentarzu do kolejnego rozdziału dam Ci znać szerzej, co o nim myślę (pod względem czytelności, bo walory estetyczne to subiektywna sprawa).
Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że historia się podoba. Wiem, że to białe tło wierszy tekstu jest denerwujące. Dalej już tak nie ma, ale w tym prologu coś się "popsuło" jak publikowałam i... no cóż. Błędy językowe... tak wiem (nauczycielka polskiego często mi to wytykała). Czasem po prostu coś przeoczę, czegoś nie zauważę i wychodzi jak wychodzi. Koleżanka mówi, że powinnam się poduczyć w pisaniu słów kogoś, kto sepleni (bo z Cielem to chodziło mi o to, że on miał tylko trzy latka i wiele słów mówił jeszcze tak "po swojemu"). Masz rację, pisanie na czas nie wychodzi, ale się staram :) Będzie mi bardzo miło poczytać w następnym komentarzu o twojej, szerszej opinii. Staram się pisać dobrze, ale nie zawsze mi wychodzi, więc potrzebuję właśnie takich czytelników, którzy w swoich komentarzach pokazaliby mi co robię źle; gdzie popełniam błędy i jak je ewentualnie poprawić. Co do opisów, o których wspomniałaś to jakoś mi tak nie pasowały w fabule, ale postaram się je gdzieś tam wpleść. W innym opowiadaniu (które piszę na razie "na brudno" i w pierwotnej wersji miało być rozdziałem specjalnym do tego bloga, ale wychodzi na to, że będę musiała je napisać jako osobną historię) nadrobiłam to i zamieściłam w nim mnóstwo opisów. Jak będę już spisywać tę historię na bloga to dam znać. Dziękuję za to, że się odezwałaś i mam nadzieję, że następne rozdziały również będą Ci się podobać. Pozdrawiam i życzę Ci dużo weny byś mogła szybciutko dodać kolejny rozdział na Róży, bo czekam z niecierpliwością :D
Usuń