Rozdział drugi
Witajcie moi, kochani czytelnicy!
Wreszcie nadszedł dzień, w którym mam zaszczyt zaprezentować wam ten oto drugi rozdział. Starałam się nie robić błędów, ale nikt nie jest idealny i coś mi mogło umknąć, ale mam nadzieję, że wyłapiecie ewentualne błędy i dacie mi w komentarzach o tym znać :D
Z dedykacją dla B. Prawczeski:
Agato, specjalnie dla Ciebie wstawiłam wizję głównej bohaterki w tym rozdziale, żebyś nie mogła narzekać na brak Ciela (bo, przecież ostatnio bardzo lubisz młodziutkich, fikcyjnych chłopców).
Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i nie zawiedzie waszych oczekiwań. I jeszcze jedna sprawa: wpadłam na pomysł, jak pisać rozdziały specjalne. Po prostu (jeśli będziecie chcieli, oczywiście) to w komentarzach możecie zostawić mi ogólny zarys historyjki, tzn. jacy mają występować bohaterowie (obok bohaterów Kurosza mogą występować również moi bohaterowie, a także wymyśleni przez was) i jakie mają być ich role w rozdziale, oraz ogólny opis akcji, a ja będę starała się zmontować z tego rozdział specjalny z dedykacją dla osoby, od której wyszedł pomysł (tylko żadnych scen yaoi, albo 18+, bo takich nie umiem i nie mam zamiaru pisać :P). No dobra, nie będę już przynudzać. Życzę miłego czytania :)
- Najmocniej przepraszam za kłopot ciociu Francis - odezwałam się po kilku minutach, gdy kobieta uporała się już z moją "szopą na głowie" (jak to określiła).
- Masz za co - Zaśmiała się przygładzając mi grzywkę, ale po chwili posmutniała.
- Czy coś się stało ciociu? - zaniepokoiłam się.
- Tak... Nie... T-to znaczy... może... - zająknęła się kobieta. Westchnęłam i już, już chciałam zapytać o co chodzi, gdy Edward wybawił matkę z opresji.
- Czy moja, przepiękna narzeczona czytała dzisiejszą gazetę? - zapytał.
- Uhm... Nie - odpowiedziałam.
- Mi to niepotrzebne, bo i tak o wszystkich ważniejszych rzeczach donoszą mi kamerdynerzy Jej Wysokości - dodałam po chwili.
- Jak, np. o tym, że Jej Wysokość, Królowa odwołała swojej małej, grzecznej dziewczynce wszystkie zaplanowane na dziś lekcje, przesyła jej życzenia spełnienia wszystkich marzeń i zaprasza ją na podwieczorek do Pałacu Buckingham uprzedzając, że nie przyjmuje odmowy - rozległo się nagle przy drzwiach, w których stał ubrany na biało mężczyzna.
- Hrabio Grey - wstałam i dygnęłam przed przybyszem.
- Hrabino Rosemary - Kiwnął głową i podszedł do mnie.
- Co to jest? - spytałam, gdy wręczył mi kopertę opatrzoną królewską pieczęcią.
- Drobny podarunek od Jej Wysokości, która pragnie podziękować Ci za to, że przez te dwa, prawie trzy lata dostosowywałaś całe swoje życie do pełnienia roli protegowanej Jej Królewskiej Mości - powiedział i nachylił się nieznacznie w moją stronę.
- Królowa kazała przekazać, że jeśli o 16.50 nie stawisz się w Pałacu to osobiście po Ciebie przyjedzie - szepnął.
- Dziękuję, hrabio - powiedziałam i uśmiechnęłam się z lekkim politowaniem, gdy zobaczyłam jak twarz Edwarda czerwienieje z zazdrości.
- Proszę powiedzieć, że będę na pewno - dodałam żegnając się z mężczyzną.
- Oczywiście, hrabino - Skłonił się przede mną i wyszedł z uśmiechem na twarzy.
- A dlaczego pytałeś, czy czytałam dzisiaj gazetę? - zapytałam zwracając się do Edwarda. Wuj westchnął i podał mi popularne w Londynie czasopismo, a ja rzuciłam okiem na pierwszą stronę, po czym wciągnęłam ze świstem powietrze. Wpatrywałam się w czarno-białe zdjęcie jasnowłosej kobiety i ciemnowłosego mężczyzny. Pod zdjęciem był artykuł, w który natychmiast się wczytałam.
"Poprzedni hrabia Phantomhive i jego żona jednak żyją!"
Okazało się, że lord Vincent Phantomhive - były hrabia i poprzednia głowa rodu Phantomhive (obecnie tytuły te należą do jego dwunastoletniego syna - lorda Ciela) i jego żona - lady Rachel, którzy (według oficjalnej i przez wszystkich przyjętej wersji) 14 grudnia 1885 roku zginęli w pożarze jaki strawił główną rezydencję Phantomhive'ów jednak żyją i do tej pory ukrywali się w Europie Środkowo-Zachodniej i Środkowo-Południowej (przebywali głównie w Niemczech i we Włoszech). Niedawno jednak wrócili do Anglii i wczoraj, tzn. 24 sierpnia 1888 roku zostali przez Królową Wiktorię przywróceni do życia. Wczoraj około 21.00 rozmawiał z nimi nasz reporter i dowiedział się, że małżeństwo wciąż ma nadzieję na odnalezienie ich dawno zaginionej córki - Lili Phantomhive.
- Jesteśmy pewni, że Lili wciąż żyje i czeka na naszą pomoc - powiedział lord Vincent.
- Bardzo za nią tęsknimy i chcielibyśmy, żeby znów była z nami - dodała lady Rachel.
Cóż... Jak nam wszystkim wiadomo Lili, Rachel Phantomhive zaginęła 14 grudnia 1878 roku (mając zaledwie 6 lat) i do dziś się nie odnalazła, ale mamy nadzieję, że marzenie jej rodziców się spełni i ich córka wróci do domu cała i zdrowa.
Westchnęłam ciężko i odłożyłam gazetę na stolik do kawy.
"Sami mnie wyrzucili z domu, a teraz udają zmartwionych, stęsknionych rodziców!" pomyślałam ze złością.
- W porządku, Lili? - spytała zaniepokojona Lizzie.
- Tak - odparłam słabym głosem.
- Chyba zepsuliśmy komuś prezent - spojrzałam na ciocię.
- Claus ich tu przywiezie, dzisiaj o trzynastej - powiedziała kobieta z wyraźnym niesmakiem. I wtedy to się stało. Poczułam lekkie zawroty głowy i mrowienie w tułowiu. Dziwaczne uczucie mające swój początek w dolnych partiach brzucha i biegnące szybko do żołądka, a potem dalej, w górę, aż do serca. Znałam to. Takie samo uczucie miewałam, gdy byłam młodsza. Już wiedziałam co się za chwilę stanie, więc przymknęłam oczy.
Znalazłam się w pomieszczeniu, które do złudzenia przypominało salon w głównej rezydencji Phantomhive'ów.
- A może ona nie chce mieć z wami nic wspólnego?! - Usłyszałam i spojrzałam na ciocię Francis, która wpatrywała się ze złością w... moją mamę i jej męża.
- Skąd wiesz, że nie, Francis? - zapytała ze stoickim spokojem moja rodzicielka.
- Bo gdyby było inaczej to nie prosiłaby Jej Wysokości o tytuł hrabiny, ale pod innym nazwiskiem, nie walczyłaby tak desperacko o posiadłość, w której mieszka i nie "uciekałaby" od wszystkiego co mogłoby ją w jakiś sposób... "zdemaskować" błagając rozpaczliwie w myślach o to, by nikt jej nie powiązał z zaginioną Lili Phantomhive - Wyliczyła zapytana kobieta. Brat cioci najwyraźniej chciał coś powiedzieć, ale ten moment wybrali sobie Edward i Lizzie na wejście do pomieszczenia.
- Mamo jedziemy już? - zapytała marudnie dziewczyna.
- Aż tak bardzo Ci się spieszy, żeby uciec od narzeczonego? - zapytał kąśliwie blondyn uśmiechając się złośliwie do siostry.
- Nie, ale ciasto zaraz wystygnie. Poza tym Tobie nie spieszy się do narzeczonej? - odpyskowała bratu zielonooka.
- To nie tak. Po prostu... wyrywasz się stąd jak nigdy - Edward zrobił speszoną minę.
- Poza tym Lizzie ma rację: powinniśmy jechać, róże niedługo zwiędną - dodał zwracając się do swej matki. Ciocia Francis westchnęła.
- Dobrze - powiedziała i pożegnawszy się ze swymi rozmówcami wyszła. W hallu, przy głównym wyjściu stał ubrany na czarno brunet o jasnej karnacji, który na widok kobiety otworzył drzwi i ukłonił się.
- Zapraszamy ponownie, markizo - powiedział. Ciocia spojrzała na niego z niesmakiem.
- M-markizo? Czy mam coś na twarzy, że pani tak patrzy? - zapytał podnosząc na kobietę ciepłe spojrzenie niespotykanych, czerwonych oczu.
- Ciel! Mówiłam to już tyle razy i powtórzę raz jeszcze: twój kamerdyner to... - zaczęła markiza.
- Tak, wiem. Mój kamerdyner to obraz nędzy i rozpaczy - Usłyszałam i obróciłam się gwałtownie. Na półpiętrze stał granatowowłosy dwunastolatek z czarną opaską na prawym oku. Blada cera idealnie kontrastowała z włosami, podobnie jak błękitne oko nastolatka. Chłopak ubrany był w granatową marynarkę, spod której wystawała biała koszula i błękitna wstążka, granatowe, krótkie spodenki, czarne skarpetki do kolan i czarne buty na lekkim obcasie. Przez chwilę wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami, a on westchnął, zszedł ze schodów i stanął przy drzwiach. Był teraz na wyciągnięcie ręki. Nie bez trudu rozpoznałam w tym ponurym chłopcu swojego, młodszego brata, który w moich wspomnieniach był zawsze radosny.
"Ale ty się zmieniłeś braciszku" pomyślałam z pewnym rozczuleniem i wyciągnęłam dłoń, aby dotknąć jego policzka, ale moja ręka przeszła przez ciało Ciela przypominając mi, że to tylko wizja. Nagle do hallu wszedł wujek Claus.
- Mam nadzieję, że twój "prezent" nie zepsuje naszej jubilatce urodzin! - warknęła ciocia w jego stronę i wyszła.
Nagle poczułam zapach charakterystyczny dla soli trzeźwiących (od autorki: nie wiem, czy wtedy stosowano już sole trzeźwiące, ale wstawiłam je na potrzeby bloga) i ocknęłam się.
Wreszcie nadszedł dzień, w którym mam zaszczyt zaprezentować wam ten oto drugi rozdział. Starałam się nie robić błędów, ale nikt nie jest idealny i coś mi mogło umknąć, ale mam nadzieję, że wyłapiecie ewentualne błędy i dacie mi w komentarzach o tym znać :D
Z dedykacją dla B. Prawczeski:
Agato, specjalnie dla Ciebie wstawiłam wizję głównej bohaterki w tym rozdziale, żebyś nie mogła narzekać na brak Ciela (bo, przecież ostatnio bardzo lubisz młodziutkich, fikcyjnych chłopców).
Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i nie zawiedzie waszych oczekiwań. I jeszcze jedna sprawa: wpadłam na pomysł, jak pisać rozdziały specjalne. Po prostu (jeśli będziecie chcieli, oczywiście) to w komentarzach możecie zostawić mi ogólny zarys historyjki, tzn. jacy mają występować bohaterowie (obok bohaterów Kurosza mogą występować również moi bohaterowie, a także wymyśleni przez was) i jakie mają być ich role w rozdziale, oraz ogólny opis akcji, a ja będę starała się zmontować z tego rozdział specjalny z dedykacją dla osoby, od której wyszedł pomysł (tylko żadnych scen yaoi, albo 18+, bo takich nie umiem i nie mam zamiaru pisać :P). No dobra, nie będę już przynudzać. Życzę miłego czytania :)
- Najmocniej przepraszam za kłopot ciociu Francis - odezwałam się po kilku minutach, gdy kobieta uporała się już z moją "szopą na głowie" (jak to określiła).
- Masz za co - Zaśmiała się przygładzając mi grzywkę, ale po chwili posmutniała.
- Czy coś się stało ciociu? - zaniepokoiłam się.
- Tak... Nie... T-to znaczy... może... - zająknęła się kobieta. Westchnęłam i już, już chciałam zapytać o co chodzi, gdy Edward wybawił matkę z opresji.
- Czy moja, przepiękna narzeczona czytała dzisiejszą gazetę? - zapytał.
- Uhm... Nie - odpowiedziałam.
- Mi to niepotrzebne, bo i tak o wszystkich ważniejszych rzeczach donoszą mi kamerdynerzy Jej Wysokości - dodałam po chwili.
- Jak, np. o tym, że Jej Wysokość, Królowa odwołała swojej małej, grzecznej dziewczynce wszystkie zaplanowane na dziś lekcje, przesyła jej życzenia spełnienia wszystkich marzeń i zaprasza ją na podwieczorek do Pałacu Buckingham uprzedzając, że nie przyjmuje odmowy - rozległo się nagle przy drzwiach, w których stał ubrany na biało mężczyzna.
- Hrabio Grey - wstałam i dygnęłam przed przybyszem.
- Hrabino Rosemary - Kiwnął głową i podszedł do mnie.
- Co to jest? - spytałam, gdy wręczył mi kopertę opatrzoną królewską pieczęcią.
- Drobny podarunek od Jej Wysokości, która pragnie podziękować Ci za to, że przez te dwa, prawie trzy lata dostosowywałaś całe swoje życie do pełnienia roli protegowanej Jej Królewskiej Mości - powiedział i nachylił się nieznacznie w moją stronę.
- Królowa kazała przekazać, że jeśli o 16.50 nie stawisz się w Pałacu to osobiście po Ciebie przyjedzie - szepnął.
- Dziękuję, hrabio - powiedziałam i uśmiechnęłam się z lekkim politowaniem, gdy zobaczyłam jak twarz Edwarda czerwienieje z zazdrości.
- Proszę powiedzieć, że będę na pewno - dodałam żegnając się z mężczyzną.
- Oczywiście, hrabino - Skłonił się przede mną i wyszedł z uśmiechem na twarzy.
- A dlaczego pytałeś, czy czytałam dzisiaj gazetę? - zapytałam zwracając się do Edwarda. Wuj westchnął i podał mi popularne w Londynie czasopismo, a ja rzuciłam okiem na pierwszą stronę, po czym wciągnęłam ze świstem powietrze. Wpatrywałam się w czarno-białe zdjęcie jasnowłosej kobiety i ciemnowłosego mężczyzny. Pod zdjęciem był artykuł, w który natychmiast się wczytałam.
"Poprzedni hrabia Phantomhive i jego żona jednak żyją!"
Okazało się, że lord Vincent Phantomhive - były hrabia i poprzednia głowa rodu Phantomhive (obecnie tytuły te należą do jego dwunastoletniego syna - lorda Ciela) i jego żona - lady Rachel, którzy (według oficjalnej i przez wszystkich przyjętej wersji) 14 grudnia 1885 roku zginęli w pożarze jaki strawił główną rezydencję Phantomhive'ów jednak żyją i do tej pory ukrywali się w Europie Środkowo-Zachodniej i Środkowo-Południowej (przebywali głównie w Niemczech i we Włoszech). Niedawno jednak wrócili do Anglii i wczoraj, tzn. 24 sierpnia 1888 roku zostali przez Królową Wiktorię przywróceni do życia. Wczoraj około 21.00 rozmawiał z nimi nasz reporter i dowiedział się, że małżeństwo wciąż ma nadzieję na odnalezienie ich dawno zaginionej córki - Lili Phantomhive.
- Jesteśmy pewni, że Lili wciąż żyje i czeka na naszą pomoc - powiedział lord Vincent.
- Bardzo za nią tęsknimy i chcielibyśmy, żeby znów była z nami - dodała lady Rachel.
Cóż... Jak nam wszystkim wiadomo Lili, Rachel Phantomhive zaginęła 14 grudnia 1878 roku (mając zaledwie 6 lat) i do dziś się nie odnalazła, ale mamy nadzieję, że marzenie jej rodziców się spełni i ich córka wróci do domu cała i zdrowa.
Westchnęłam ciężko i odłożyłam gazetę na stolik do kawy.
"Sami mnie wyrzucili z domu, a teraz udają zmartwionych, stęsknionych rodziców!" pomyślałam ze złością.
- W porządku, Lili? - spytała zaniepokojona Lizzie.
- Tak - odparłam słabym głosem.
- Chyba zepsuliśmy komuś prezent - spojrzałam na ciocię.
- Claus ich tu przywiezie, dzisiaj o trzynastej - powiedziała kobieta z wyraźnym niesmakiem. I wtedy to się stało. Poczułam lekkie zawroty głowy i mrowienie w tułowiu. Dziwaczne uczucie mające swój początek w dolnych partiach brzucha i biegnące szybko do żołądka, a potem dalej, w górę, aż do serca. Znałam to. Takie samo uczucie miewałam, gdy byłam młodsza. Już wiedziałam co się za chwilę stanie, więc przymknęłam oczy.
Znalazłam się w pomieszczeniu, które do złudzenia przypominało salon w głównej rezydencji Phantomhive'ów.
- A może ona nie chce mieć z wami nic wspólnego?! - Usłyszałam i spojrzałam na ciocię Francis, która wpatrywała się ze złością w... moją mamę i jej męża.
- Skąd wiesz, że nie, Francis? - zapytała ze stoickim spokojem moja rodzicielka.
- Bo gdyby było inaczej to nie prosiłaby Jej Wysokości o tytuł hrabiny, ale pod innym nazwiskiem, nie walczyłaby tak desperacko o posiadłość, w której mieszka i nie "uciekałaby" od wszystkiego co mogłoby ją w jakiś sposób... "zdemaskować" błagając rozpaczliwie w myślach o to, by nikt jej nie powiązał z zaginioną Lili Phantomhive - Wyliczyła zapytana kobieta. Brat cioci najwyraźniej chciał coś powiedzieć, ale ten moment wybrali sobie Edward i Lizzie na wejście do pomieszczenia.
- Mamo jedziemy już? - zapytała marudnie dziewczyna.
- Aż tak bardzo Ci się spieszy, żeby uciec od narzeczonego? - zapytał kąśliwie blondyn uśmiechając się złośliwie do siostry.
- Nie, ale ciasto zaraz wystygnie. Poza tym Tobie nie spieszy się do narzeczonej? - odpyskowała bratu zielonooka.
- To nie tak. Po prostu... wyrywasz się stąd jak nigdy - Edward zrobił speszoną minę.
- Poza tym Lizzie ma rację: powinniśmy jechać, róże niedługo zwiędną - dodał zwracając się do swej matki. Ciocia Francis westchnęła.
- Dobrze - powiedziała i pożegnawszy się ze swymi rozmówcami wyszła. W hallu, przy głównym wyjściu stał ubrany na czarno brunet o jasnej karnacji, który na widok kobiety otworzył drzwi i ukłonił się.
- Zapraszamy ponownie, markizo - powiedział. Ciocia spojrzała na niego z niesmakiem.
- M-markizo? Czy mam coś na twarzy, że pani tak patrzy? - zapytał podnosząc na kobietę ciepłe spojrzenie niespotykanych, czerwonych oczu.
- Ciel! Mówiłam to już tyle razy i powtórzę raz jeszcze: twój kamerdyner to... - zaczęła markiza.
- Tak, wiem. Mój kamerdyner to obraz nędzy i rozpaczy - Usłyszałam i obróciłam się gwałtownie. Na półpiętrze stał granatowowłosy dwunastolatek z czarną opaską na prawym oku. Blada cera idealnie kontrastowała z włosami, podobnie jak błękitne oko nastolatka. Chłopak ubrany był w granatową marynarkę, spod której wystawała biała koszula i błękitna wstążka, granatowe, krótkie spodenki, czarne skarpetki do kolan i czarne buty na lekkim obcasie. Przez chwilę wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami, a on westchnął, zszedł ze schodów i stanął przy drzwiach. Był teraz na wyciągnięcie ręki. Nie bez trudu rozpoznałam w tym ponurym chłopcu swojego, młodszego brata, który w moich wspomnieniach był zawsze radosny.
"Ale ty się zmieniłeś braciszku" pomyślałam z pewnym rozczuleniem i wyciągnęłam dłoń, aby dotknąć jego policzka, ale moja ręka przeszła przez ciało Ciela przypominając mi, że to tylko wizja. Nagle do hallu wszedł wujek Claus.
- Mam nadzieję, że twój "prezent" nie zepsuje naszej jubilatce urodzin! - warknęła ciocia w jego stronę i wyszła.
Nagle poczułam zapach charakterystyczny dla soli trzeźwiących (od autorki: nie wiem, czy wtedy stosowano już sole trzeźwiące, ale wstawiłam je na potrzeby bloga) i ocknęłam się.
Cieeel! <3 No! Szczęśliwa jestem! <3 Dziękować! <3
OdpowiedzUsuńTeraz to chyba rzeczywiście się nie przyczepię, ale ja, jak to ja, muszę troszku ponarzekać... Mało go! XD Może i nie jest taki sugoi-kawaii jak Oliverek, ale to wciąż sliczniutki, młodziutki, fikcyjny chłopiec! <3 Tak przy okazji... Skoro już o Oliverku mowa, może gdzieś go kiedyś wepchniesz na chwilkę w jakimś rozdziale bonusowym? *Robi proszące oczka, które nigdy jej nie wychodziły poza internetami* Młodziutkich chłopców nigdy za wiele!
Ok-ok, na tamten powyższy fragment możesz nie zwracać uwagi. X'D
Rozdział przyjemnie się czytało (jak zawsze zresztą), no nie powiem, że nie.
Tylko ten artykuł w gazecie... Ew. Zdecydowanie ci nie wyszedł! Natomiast sformułowanie "(...) którzy 14 grudnia 1885 roku zginęli w pożarze jaki strawił główną rezydencję Phantomhive'ów jednak żyją." niesamowicie mnie rozbawiło. TO ZGINĘLI W KOŃCU, CZY ŻYJĄ? XDDDD
Tak nawiasem mówiąc, cytuję ciocię Wikipedię: "Sole trzeźwiące – popularny w XVIII w. i XIX w. środek stosowany przy omdleniach i zasłabnięciach." A więc sole trzeźwiące były jeszcze na długo przed panienką Lili! ^^
Cieszę, że jesteś zadowolona. Wiem, że mało było w tym rozdziale Ciela, ale cóż zrobić? W następnym rozdziale powinno go być więcej, ale nie obiecuję... Z tymi solami trzeźwiącymi to wiem, że ciocia Wikipedia dałaby mi odpowiedź, ale ja się ostatnio z ciocią Wikipedią pokłóciłam XD. Artykuł w gazecie... wiem, nie umiem pisać tego typu rzeczy (zapomniałam we wstępie wspomnieć, by pominąć ten fragment), a rodzice Ciela żyją, bo takie były potrzeby bloga :D A co do twojej prośby, by w rozdziale specjalnym pojawił się Oliverek *uśmiecha się, gdy czyta fragment o proszących oczkach* to nie ma sprawy, ale musiałabyś mi podać ogólny zarys tego, jak ty widziałabyś ten bonus, żeby łatwiej mi było przynajmniej zacząć, bo moja wyobraźnia ostatnio ledwo zipie i raczej by mi w tym nie pomogła. *Wali głową w biurko i płacze krzycząc, by jej wyobraźnia wróciła* Dobra, nieważne! Więc, jak mówiłam podajesz mi ogólny zarys rozdziału bonusowego z Olivierkiem i masz, co chcesz. Dziękuję Ci za komentarz i życzę cierpliwości w oczekiwaniu na kolejny rozdział :P
UsuńZanim przeczytam, to znowu się doczepię. Ta zieleń jest niewyraźna. Znaczy i tak już jest dużo lepiej, niż było, ale w dalszym ciągu męczy. Zwykła czerń, nieco większy stopień pisma i będzie ok. W tym momencie tylko przedmowa jest naprawdę wyraźna, z resztą będę mieć niestety problem, a jakaś szczególnie ślepa nie jestem :P. Jak to się mówi u nas, na studiach, za mały kontrast luminacji między tłem i fontem xDDDD.
OdpowiedzUsuńHehe... Właśnie czekałam kiedy tu zaglądniesz i się do czegoś doczepisz :) Ale to mi pomaga zrozumieć, gdzie popełniam błędy i potem staram się ich unikać. Obiecuję wszem i wobec pożegnać zieleń i powrócić do czerni. Skoro jeszcze nie czytałaś to poproszę Cię byś pominęła fragment z artykułem w gazecie, bo mi nie wyszedł (za mało powiedziane, ale nie potrafię wymyślić lepszego słowa) i tylko byś sobie humor zepsuła, gdybyś to przeczytała (: Dziękuję, że się odezwałaś.
UsuńJakiś nowy rozdział?
OdpowiedzUsuńTak. Już niedługo. Aktualnie cierpię z powodu "inteligencji" mojego jakże "ukochanego" braciszka, który postanowił sobie zrobić mi na złość i wykorzystać cały miesięczny transfer internetu. Ale aktualnie nocuję u koleżanki i jak się uda to dodam rozdział jeszcze dziś, więc bez obaw... Nie porzuciłam bloga.
Usuń