Rozdział specjalny (część I)

Z dedykacją dla B. Prawczeski:
Agato ciesz się i raduj, gdyż dodałam ten bonusik z Oliverkiem specjalnie dla Ciebie.
I dla Nami:
W nagrodę za tak długie oczekiwanie na rozdział. (Gomene, ale to naprawdę nie moja wina)

(Perspektywa Undertakera):
Jak zwykle leżałem w trumnie i rozmyślałem nad sensem życia, gdy rozległ się dzwonek do drzwi mojego zakładu pogrzebowego.

   - Przepraszam! Jest tu ktoś? - Usłyszałem lekko wystraszony głosik i zaśmiałem się mrocznie, po czym wyszedłem z ukrycia robiąc na chłopcu piorunujące wręcz wrażenie. Niski blondynek rozdarł się na cały głos i rzucił biegiem w stronę drzwi, ale te (na całe szczęście dla mnie, a nieszczęście dla niego) się zacięły.
   - Hihihi. Nie bój się, przecież nic Ci tu nie grozi - powiedziałem. - Jestem Undertaker. Usiądź sobie, a ja przyniosę ciasteczka i herbatę.
Już po chwili chłopiec siedział na jednej z trumien i wpatrywał się w czubki butów popijając herbatę, a ja obserwowałem go kątem oka zbyt zajęty chrupaniem herbatników, by zacząć rozmowę. 
   - Więc... kim jesteś i jak się tu znalazłeś? - zapytałem, a chłopak spojrzał na mnie znad herbaty i przyjął zaoferowanego przeze mnie herbatnika.
   - Nazywam się Oliver i jestem Engloidem... - zaczął.
   - Czym? - Zdziwiłem się.
   - Engloidem - powiedział i wyjaśnił mi co to znaczy.
   - Aha... rozumiem. To jak się tu znalazłeś? - Wróciłem do głównego wątku.
   - Sam nie wiem... - Westchnął. - Stałem na scenie i śpiewałem swoją najnowszą piosenkę, gdy nagle pochłonęło mnie białe światło i obudziłem się przed pana zakładem.
W ciszy przetrawiałem zdobyte informacje. Rzeczywiście chłopak nie wyglądał na te czasy, ale jak doszło do jego hmmm... teleportacji? Chyba można tak to nazwać.
"Lili by wiedziała" pomyślałem i nagle mnie olśniło. Kazałem blondynowi poczekać, zbiegłem szybko do mojej sypialni, po czym chwyciłem za telefon (tak panie i panowie: Undertaker posiada telefon. Hehehe) i zacząłem wystukiwać numer do mojej córki. Po kilku sygnałach usłyszałem jedwabisty, kobiecy głos tak bardzo przypominający głos kamerdynerka małego hrabiego.
   - Rezydencja hrabiny Rosemary. Niestety panienka Lili nie może podejść do telefonu, ale ja mogę jej powtórzyć pańskie słowa. Słucham? - powiedziała brunetka wyćwiczonym głosem.
   - Z tej strony Undertaker - przedstawiłem się.
   - Och. Czy coś się stało? - spytała panna Clarson.
   - Shiemi, czy moja córka miałaby czas mnie odwiedzić, bo muszę z nią o czymś porozmawiać. To ważne - Odrazu przeszedłem do konkretów.
   - Proszę chwilkę zaczekać... - powiedziała i zawołała Lili, która odkrzyknęła, że nie ma czasu, bo raporty dla Królowej się same nie wypełnią, ale po usłyszeniu, że dzwonię ja i, że to ważne podeszła do telefonu.
   - Słucham Cię tato. Obyś miał naprawdę ważną sprawę, bo inaczej każę Shiemi rozwalić ten, twój, nędzny zakład pogrzebowy - warknęła, ale ja byłem do tego przyzwyczajony.
   - Mam mały problem i tylko ty możesz mi pomóc - wyjaśniłem. - To jak? Przyjedziesz?
Czekałem kilka minut i już zacząłem się zastanawiać, czy lepiej nie powtórzyć, gdy nagle...
   - Czy to naprawdę, aż takie ważne? - zapytała.
   - Tak - potwierdziłem szybko.
   - No dobra... - Westchnęła. - Zaraz będę, tylko Shiemi przyszykuje powóz.
   - Dziękuję. Kocham Cię, córciu - powiedziałem i się rozłączyłem.
Przyjechała po kilku minutach. Weszła i zaraz zaczęła narzekać, że nie ma ani chwili spokoju, bo jak nie Jej Wysokość coś od niej chce to ja dzwonię i nalegam na spotkanie. Standard. Kątem oka zauważyłem, że Oliver przygląda jej się z uwielbieniem wypisanym na twarzy.
   - Uspokój się, córko - Postanowiłem wreszcie przerwać jej żale na swoje życie. To naprawdę nie moja wina, że jej los potoczył się tak, a nie inaczej.
   - No, dobra. Więc o co chodzi? - spytała wzdychając. Gestem ręki przywołałem do siebie blondyna.
   - To jest Oliver - przedstawiłem chłopaka. - Oliverze, przedstawiam Ci moją córkę. To jest Lili.
   - Wezwałeś mnie tu tylko po to, by poznać mnie z jakimś chłopakiem?! - spytała ze złością.
   - Nie! - zaprzeczyłem. - Oliver jest Engloidem...
   - Englo... czym?! - przerwała mi.
   - Engloidem. Głosem śpiewającym wyłącznie po angielsku - wyjaśnił spokojnie chłopak.
   - Aha... - mruknęła Lili. Zaśmiałem się. Czyżby panienka Jestem-Lili-czyli-panna-idealna-bo-czytam-mnóstwo-starych-książek-o-magii-dzięki-czemu-wiem-wszystko czegoś nie wiedziała? Niespotykane.
   - Wróćmy do głównej myśli... - zacząłem. - Oliver jest Engloidem i pochodzi z XXI wieku...
   - To jak się znalazł w końcówce XIX stulecia? - Lili znowu mi przerwała. Westchnąłem z irytacją. Czy ona pozwoli mi dokończyć kiedyś to zdanie?
   - Stałem na scenie i śpiewałem nową piosenkę, gdy nagle pochłonęło mnie białe światło i obudziłem się przed zakładem pana Undertakera - Oliver powtórzył Lili to, co powiedział mi wcześniej. Lili westchnęła głęboko co znaczyło, że intensywnie o czymś rozmyśla i nie wolno jej przeszkadzać. 
   - Dobra. I tak nic teraz nie wymyślę. Oliverze, może zatrzymałbyś się u mnie, w rezydencji na kilka dni? Zobaczyłabym co się da zrobić, co ty na to? - spytała z uśmiechem.
   - Myślę, że to doskonały pomysł - Uśmiechnąłem się. Oliver był tak wstrząśnięty propozycją dziewczyny, że skinął jedynie głową. Po chwili Lili się pożegnała i wraz z Engloidem, a także swoją "piekielnie dobrą kamerdynerką" odjechali w stronę lasu, gdzie mieściła się główna rezydencja hrabiny Rosemary. 
(Perspektywa Lili):
Po wyjściu z zakładu pogrzebowego taty, wsiedliśmy do powozu i odjechaliśmy w stronę lasu. Sezon już dawno się skończył, więc ulice stolicy były cichsze i spokojniejsze, niż latem. Jechaliśmy w dużej ciszy. Chłopak wpatrywał się w krajobraz, a ja myślałam jak załatwić sprawę z Edwardem. Wiedziałam, że mój narzeczony jest względem mnie okropnie zaborczy, co doprowadza moją osobę do szału i przez to się kłócimy, a potem zrywamy na kilka dni zaręczyny o mnie bardzo zazdrosny i będzie zły jeśli zobaczy mnie z Oliverem, bo od razu pomyśli, że go zdradzam. W końcu postanowiłam, że jeśli już dojdzie do spotkania blondynów to zrobię wszystko, by uspokoić panicza Midforda i wyjaśnić mu sytuację bez zbędnych emocji. Tak będzie najlepiej. 
Gdy dojechaliśmy na miejsce Oliver podał mi dłoń i pomógł wysiąść z powozu na brukowaną ścieżkę. 
   - Dziękuję. To miłe z twojej strony - Uśmiechnęłam się.
   - N-nie ma za co! To ja powinienem dziękować Tobie, że pozwoliłaś mi się u siebie zatrzymać - chłopak wyraźnie się zaczerwienił. W tym momencie oboje zdaliśmy sobie sprawę z tego, że Oliver ciągle trzyma mą dłoń i natychmiast cofnęliśmy ręce patrząc na boki. Po chwili odchrząknęłam i wskazałam na willę.
   - Więc... To jest moja rezydencja. Czuj się jak u siebie - powiedziałam wprowadzając go do środka. W salonie siedział Edward. Momentalnie zrobiło mi się słabo.
   - C-co ty tu... - wychrypiałam.
   - Przyjechałem Cię odwiedzić. Nie cieszysz się? - Wstał z uśmiechem i ucałował mą dłoń. 
   - Cieszę się. Oczywiście, że tak! Ale... mam gościa i... - zaczęłam. W tym momencie dołączył do nas Oliver, a ja zamknęłam oczy i wstrzymałam oddech czekając na armagedon w postaci swojego narzeczonego. Jednak nic takiego nie nastąpiło.
   - Witaj! Jestem Edward, a ty? - Mój narzeczony wyrwał się z letargu i podszedł do mego gościa.
   - Cz-cześć... Jestem Oliver, miło mi pana poznać - Blondynek wydawał się być nieco speszony.
   - Tylko NIE pana! Edward jestem - Zielonooki nie lubił, gdy ktoś mówił do niego per pan. Westchnęłam z ulgą. UDAŁO SIĘ!!!
   - Oliver zamieszka tu na jakiś czas - powiedziałam, a Edward (ku mojemu zdziwieniu) jeszcze bardziej się rozpromienił.
   - Fantastycznie! - rzekł i pocałował mnie w policzek. Przeprosiłam na chwilę Olivera, kazałam Shiemi przygotować jeden z pokoi gościnnych i wyszłam z Edwardem do mego gabinetu.
   - Co Ci się stało? - zapytałam zasiadając za biurkiem.
   - Nic - Mój narzeczony był autentycznie zdziwiony.
   - Zawsze, gdy widzisz mnie z jakimś chłopakiem to robisz mi sceny... - zaczęłam, ale blondyn mi przerwał.
   - Elizabeth ze mną o tym rozmawiała i pomogła mi zrozumieć, że miłość zbudowana na "toksycznym" związku nie ma przyszłości, bo prędzej czy później się rozpada, a ja nie chcę Cię stracić - powiedział. Jego słowa mnie zdziwiły, ale i ucieszyły.
   - Cieszę się - rzekłam.
   - Z czego? - spytał Edward.
   - Z tego, iż zrozumiałeś, że potrzebuję trochę oddechu - wyjaśniłam z uśmiechem.
W tym samym momencie rozległo się pukanie do drzwi i po chwili w pomieszczeniu stanęła Shiemi z wózkiem do przewożenia jedzenia.
   - Pora na herbatę - powiedziała kładąc na moim biurku dwa talerzyki z bananowym puddingiem i dwie filiżanki herbaty.
   - Dziękujemy - mruknęłam.
   - Panicz Oliver je w "swoim" pokoju. Powiedział, że wasza nieobecność mu nie przeszkadza i nie musicie do niego dołączać, ani go do siebie wołać - Kamerdynerka uprzedziła moje pytanie i wyszła.
Edward został ze mną jeszcze kilka godzin po czym odjechał, a ja zeszłam na parter i udałam się do biblioteki z księgami zawierającymi wszystkie tajniki magii (i nie tylko) w nadziei, że znajdę tam odpowiedź na pytanie o to, jak Oliver znalazł się w XIX-nastym wieku i jak pomóc mu wrócić do swoich czasów. Wertowałam pożółkłe, pogięte i ponadrywane karty bardzo długo, ale nie natrafiłam na nic przydatnego. Nigdzie nie było nawet najmniejszej wzmianki o podróżach w czasie. Miałam właśnie sięgnąć po kolejną księgę o wytartej okładce, gdy nagle do biblioteki weszła Shiemi.
   - Tak myślałam, że tu panienkę znajdę - powiedziała, gdy podniosłam głowę znad trzymanej książki, którą miałam zamiar właśnie otworzyć i zacząć czytać.
   - O co chodzi? - zapytałam i westchnęłam przecierając oczy, w których zaczynałam czuć już piasek.
   - Czas kłaść się spać, panienko. Dochodzi północ - Usłyszałam.
   - Um... Już tak późno? - Zdziwiłam się.
   - Tak - potwierdziła brunetka.
   - No dobrze - Odłożyłam księgę na stolik i wyszłam z przesyconego kurzem pomieszczenia. Skierowałam się na górę, przeszłam przez sypialnię, ściągnęłam ubrania i weszłam do wanny z przyjemnie ciepłą wodą.  
  - I jak poszukiwania, panienko? - Shiemi zaczęła myć mi włosy.
  - Beznadziejnie... - mruknęłam namydlając ręce.
  - Nic nie znalazłaś, panienko? - Shiemi była wyraźnie zdziwiona.
  - No... nie do końca. Słyszałaś może o czymś takim, jak Amulih Phalentonium?
  - "Amulih Phalentonium"? Zdaje się, że tak...
  - To znaczy?
  - Amulih Phalentonium to wyjątkowa roślina o pewnych, magicznych właściwościach rosnąca w najdalszym możliwym zakątku Geheny, a co?
  - Bo czytałam, że odpowiednio przyrządzony napar z tej rośliny pomógłby mi zapanować nad moim darem i nie musiałabym już żyć w strachu, że zrobię komuś krzywdę.
  - Heh... Też kiedyś o tym słyszałam.
  - Więc to prawda?!
  - Zdaje się, że tak, panienko...
  - I ja o tym nie wiedziałam?! Nie do wiary!
  - Panienko? Miała panienka szukać sposobu na wysłanie panicza Olivera z powrotem do XXI wieku.
  - Wiem, wiem... problem w tym, że nic nie znalazłam!
  - Może jutro się panience poszczęści?
  - Może? Na razie muszę się przespać - Wyszłam z wanny. W kilka minut zostałam wytarta i ubrana w koszulę nocną. Położyłam się do łóżka i zasnęłam. Dzisiaj (o dziwo!) nie miałam koszmarów...
 Gdy się obudziłam, zobaczyłam drzemiące w fotelu blondwłose COŚ ubrane w za dużą koszulę. Nieźle się zdziwiłam.
 - O, obudziłaś się już? Muszę powiedzieć, że ta twoja posiadłość jest nieco straszna... Gdy obudziłem się wczesnym rankiem, było jeszcze ciemno. Miałem wrażenie, że coś spogląda na mnie zza szyby! No to się przestraszyłem, znalazłem twój pokój... - W tym momencie postanowiłam przerwać słowotok przerażonego dzieciaka, mówiąc coś nad wyraz inteligentnego.
 - Aha - ...Sami widzicie, jak inteligentnego. 
 - No więc widzisz... - Chłopiec skulił się na fotelu. - Ale tam naprawdę coś mnie obserwowało!
 - Ollie, zdaje ci się! Gdybyś był starszy, powiedziałabym, że masz paranoję... Ale jesteś dzieckiem. A więc doskonale cię rozumiem. Boisz się, to oczywiste. Ale wierz mi, szanse na to, że coś cię obserwowało są naprawdę niewielkie.
 - Ale zawsze jakieś! - Chłopiec dalej był przerażony. Kurczę, budził we mnie instynkt macierzyński. Niewiele myśląc, podeszłam do chłopca i go przytuliłam. 
 - Spokojnie, już dobrze. W razie czego - obronię cię! - Sama nie wiem, dlaczego przypomniały mi się noce, kiedy mały Ciel przybiegał z płaczem do mojego pokoju, bo śnił mu się koszmar, albo obudziła go burza i bezceremonialnie pakował mi się do łóżka, a ja go przytulałam powtarzając, że nie ma się czego bać. Czasem opowiadałam mu przeróżne historie, a czasami śpiewałam kołysanki... Grunt, że zawsze przynosiło to pożądany skutek i chłopczyk zasypiał zwykle zanim jeszcze przestawał płakać. Kochałam mojego braciszka. W zasadzie to wciąż go kocham.
Nawet nie zauważyłam, kiedy Oliver zasnął w moich ramionach. Uśmiechnęłam się pod nosem. Podniosłam go, (O dziwo, był leciutki jak piórko) po czym położyłam na swoim łóżku i przykryłam kołdrą. To, jak bardzo przypominał mi braciszka, było urocze. I jeszcze to wiecznie ukryte oko... Naprawdę, ciekawe dziecko.


I w tym momencie przerywam wam drodzy czytelnicy. Mwahahahaha! Wiem wredna jestem... Kolejna część już niedługo, ale wyczerpał mi się zapas weny na dziś. ["Mi też" (dop. koleżanki autorki)
 "Wiem Agatko. Dziękuję ci za pomoc" (dop. autorki)] A więc... Życzę dobrej nocy! Dobranoc wszystkim... :D

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział pierwszy

Rozdział dziewiąty

Kilka informacji dla ciekawych czytelników (2)