Rozdział specjalny (część II)

Witam po eee... długiej nieobecności? Dobra przyznaję bez bicia, że czas miałam, ale lenia złapałam. Rozdział pisany w bólu pod nazwą "brak weny". Nie bijcie... Macie więc tu to "COŚ". A więc do czytania, gotowi... Jazda.
~Nikola

Ale mi ból... Pół nocy spędzone na blogaskach - w tym i tym - a drugie pół na czytaniu Exituska! Ha! Rozdzialik ten - jak i poprzedni rozdzialik specjalny -  został również napisany z moją drobną pomocą, więc nie bijcie Nikoli, a mnie! Co złego to nie ona, a ja! Swoją drogą, ta... Ekhm... chciała jeszcze poczekać z publikacją tego czegoś kolejny miesiąc. Całe szczęście dało radę ją przekonać. Cóż, pozostaje mi tylko życzyć miłego czytania!
~Agata

Wyszłam z sypialni zostawiając Olivera w krainie Morfeusza. Na moich ustach błąkał się delikatny, ledwie widoczny uśmiech. Chyba podświadomie weszłam do gabinetu, zamknęłam drzwi i wpatrzyłam się w okno. Nagle poczułam zawirowania energii i upadłam na kolana... wstrząsnęły mną mdłości, ale nie mogłam zwymiotować co było w tym wszystkim najgorsze.
 "Spokojnie Lili. Tylko spokojnie. Zaraz ci przejdzie. Oddychaj" pomyślałam i zamknęłam oczy starając się uspokoić oddech. Po dłuższej chwili poczułam na twarzy słoneczne promienie, we włosach delikatny wietrzyk, a do moich uszu doleciał ptasi świergot. Otworzyłam oczy i wstałam z klęczek rozglądając się dookoła. Stałam na wydeptanej w trawie dróżce, a wszędzie jak okiem sięgnąć rosły przeróżne drzewa od iglastych sosen przez smukłe brzozy po wiekowe dęby. Ostrożnie przeszłam kilka kroków i doszłam do strumyka, przy którym rosły kaczeńce oraz lilie wodne. Niemal natychmiast zaczęłam kichać. No tak! Mam alergię na wszelkie wodne kwiaty! Ech... Kichanie jeszcze zniosę, ale zatkanego, bolącego nosa i łzawiących, zapuchniętych oczu już nie! Zaczęłam iść przed siebie... W pewnej chwili usłyszałam radosny, dziecięcy śmiech i zaintrygowana podążyłam w tamtym kierunku. Na polance biegała dwójka dzieci: blondwłosa dziewczynka i granatowowłosy chłopiec. Bawili się w... berka. Przyglądałam się im przez chwilę i nagle dotarło do mnie, że znam ten obrazek. Kiedyś już to widziałam? Tak! Kiedy? We śnie, który śniłam praktycznie każdej nocy, gdy żyłam jeszcze w bezpiecznym gniazdku uwitym mi przez mamę.
 "O nie!" pomyślałam, bo nagle przypomniałam sobie co zaraz nastąpi. I zgodnie z moimi przewidywaniami na polankę wszedł... Oliver i zaczął ciekawie przyglądać się dzieciom. W tym samym momencie niebo zasnuło się czarnymi chmurami i błyskawica, po której nastąpił ogromny huk, przecięła nieboskłon. Ciel podbiegł do Lili i wtulił się w nią przestraszony. Zerwał się zimny wiatr, a błękitnooki chłopczyk po prostu... zniknął.
 - Braciszku?! - zawołała mała Lili rozglądając się dookoła ze łzami w oczach i paniką wypisaną na twarzy. Ollie podszedł do blondynki i przytulił ją, a w tej samej chwili moje oczy zostały porażone przez biały błysk. Zamrugałam kilkakrotnie i kiedy odzyskałam wzrok zobaczyłam, że Oliver patrzy przerażony na martwe ciało w swych, zakrwawionych dłoniach. Chciałam krzyczeć by uciekał, ale z moich ust nie wydostawał się najmniejszy nawet dźwięk. Blondyn spojrzał na mnie.
 - Pomóż mi! Błagam! - krzyknął. Otworzyłam usta, ale głos, który z nich popłynął nie należał do mnie. Był zimny i surowy.
 - To twoja wina! - krzyknęłam.
 - Wiem! Nie powinno mnie tu być! Błagam! Pomóż mi wrócić do moich czasów! Proszę!
 - Co otrzymam w zamian? - zapytałam śmiejąc się pogardliwie z jego rozpaczliwych próśb. Chłopiec spojrzał na mnie przerażony.
 - W zamian? Dam ci co zechcesz! Tylko mi pomóż!
 - Niech będzie...
 Poczułam palący ból w prawej dłoni, którą nagle wyciągnęłam przed siebie i rzuciłam w stronę Olivera krwistoczerwoną kulę światła. Blondyn złapał ją zręcznie i znikł, a w miejscu, gdzie stał jeszcze przed chwilą leżało małe zawiniątko. Rozwinęłam je, a moim oczom ukazało się małe, złote serduszko i kartka z napisem: W zamian za pomoc to serce należy do ciebie. Użyj go mądrze i w słusznej sprawie lecz pamiętaj, że masz czas tylko do zachodu słońca. Rodzina jest wieczna... 
 Ocknęłam się nagle w swym gabinecie. Siedziałam na krześle za biurkiem, a nade mną pochylała się Shiemi. Gdy zobaczyła, że jestem przytomna odetchnęła z ulgą.
 - Kolejna wizja, panienko? - spytała stawiając przede mną filiżankę herbaty. Westchnęłam i upiłam łyk Earl Grey'a.
 - Tak - mruknęłam. Zza nocnej koszuli, w którą wciąż byłam ubrana, wyciągnęłam swój łańcuszek i przyjrzałam się wygrawerowanym na nim słowom.
 - Rodzina jest wieczna... - Shiemi zaglądnęła mi przez ramię i odczytała napis na głos. - Co to ma wspólnego z twoją wizją, panienko? - zapytała.
 - Nie wiem - przyznałam. - Ale w wizji pojawiło się właśnie to zdanie...
 Przez chwilę myślałam o chwili, w której mama podarowała mi ten łańcuszek. To był chyba dzień moich czwartych urodzin. Nieważne. Westchnęłam głęboko.
 - Lili? - W drzwiach mojego gabinetu stał...
 - Co się stało, Ollie?
 - Nic, tylko...
 - Tylko?
 - Ja... myślałem, że może znalazłaś już sposób na mój powrót i...
 - Wiesz właściwie to tak. Chodźmy - Złapałam zdezorientowanego blondyna za rękę i pociągnęłam do biblioteki z magicznymi księgami.
 - No gdzie jest ta przeklęta księga?! - warknęłam pod nosem odrzucając kolejne stare tomiszcze. Ech... już przeszło dwadzieścia minut szukałam książki o portalach otwieranych przez zachód słońca i nadal nic! Przecież musi tu gdzieś być! Nie mogła dostać nóg i sobie pójść, prawda?!
 - Ała! Ojeju, co to za księga? - Usłyszałam pisk Oliverka dochodzący gdzieś z tyłu. Gwałtownie się obróciłam na pięcie, po czym podbiegłam do chłopca jedną dłonią trzymającego się za swoją główkę.
 - Mały, nic ci nie jest?
 - Nie...
 - Zaraz, jak to się stało?
 - Sięgałem po książkę... I jakoś tak wyszło... - Ostrożnie odsunęłam jego rękę. Z czoła leciała mu krew. Troszkę magii uzdrawiającej i będzie po sprawie. Dotknęłam głowy Olivera, a drugą dłonią pstryknęłam palcami. Chłopiec momentalnie ozdrowiał.
 - Wow... Co to było?
 - Magia. - Widząc zdziwioną minę chłopca, uśmiechnęłam się łagodnie. Dzieciak był pełen podziwu. I dobrze. Nie powiem, byłam z lekka narcyzem. A kto nie jest?
 - Co to za księga? - Dzieciak kucnął, po czym podniósł z podłogi opasłe tomiszcze. Nie mogłam uwierzyć - to była akurat ta księga, której szukałam. Niesamowite. Gdyby rzeczy szukane przeze mnie zawsze spadały tak z nieba... Ach, o ileż życie byłoby wtedy łatwiejsze!
 - Podaj mi ją, dobrze? - poprosiłam, wyciągając rękę. Złapałam książkę i zaczęłam ją pospiesznie kartkować. Dlaczego wcześniej nie wpadła w moje łapki?! W końcu znalazłam odpowiednią stronę, ale...
 - Lili? Czy coś się sta... - zaczął Ollie.
 - No to mamy problem - mruknęłam bardziej do siebie niż do niego.
 - Jaki?
 - Taki, że jesteś chłopakiem.
 - ...Co w tym złego?
 - To, że z portalu "promieni zachodzącego słońca" mogą korzystać tylko dziewczyny...
 - POWAGA?!!!
 - Powaga, powaga. Z tego, co widzę, duch tego portalu lubi sobie popatrzeć na podróżujących i przy okazji troszkę pofantazjować. No i przepuszcza tylko dziewczyny. Uwielbia im się przyglądać...
 - Czyli już nie wrócę do domu? - Oliver był bliski płaczu. Boziu, musiałam coś zrobić!
 - Na pewno wrócisz, zaraz coś na to poradzimy! - Z całego serca chciałam mu pomóc, toteż wysiliłam szare komórki. - Może... Przebierzesz się za dziewczynę?
 - Jestem chłopakiem, nie ma mowy!
 - Słuchaj, jesteś całkiem niewieściej urody, toteż to może się udać! Co masz do stracenia?
 - Moją godność... - Pieprzona męska duma. Objawia się nawet w tak młodym wieku!
 - A nie chcesz wrócić do domu?
 - Chcę...
 - A więc nie masz nic do gadania! - Ucięłam dyskusję, po czym postanowiłam zadzwonić do eksperta w dziedzinie uroczości, który w dodatku był podobnej budowy co Oliver. Uśmiechnęłam się pod nosem. Szykowała się niezła zabawa.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział pierwszy

Rozdział dziewiąty

Kilka informacji dla ciekawych czytelników (2)