Rozdział trzeci

Leżałam w salonie, na kanapie, a ciocia, wujek, Edward, Lizzie i Shiemi pochylali się nade mną z zatroskanymi minami.
 - Co się stało? - spytałam i podciągnęłam się do siadu.
 - Straciła panienka przytomność - Usłyszałam.
 - Lili? Wszystko w porządku, moja droga? - zapytał wuj.
 - Miałam dziwny sen... - mruknęłam i opowiedziałam o swojej wizji. Gdy skończyłam w pomieszczeniu zapadła cisza.
 - No tak... - zaczęła ciocia.
 - My... - Dołączył się Edward.
 - Możecie to wreszcie wykrztusić? - zirytowałam się nieco.
 - Więc... to co widziałaś... to... to prawda - Usłyszałam i wpatrzyłam się w przestrzeń. To nie mogła być prawda. Oni nie mają prawa! Nie mają!
 - Lili? - Lizzie dotknęła mego ramienia, a ja wzdrygnęłam się i spojrzałam na nią.
 - J-ja... nie wiem co powiedzieć - wyznałam.
 - Ciiiii... - Edward położył mi palec na ustach.
 - Nie musisz nic mówić - szepnęła kuzynka otaczając mnie ramionami, a ja wtuliłam się w nią.
 Czas do trzynastej minął bardzo szybko (jak dla mnie to zdecydowanie za szybko) i rozległo się pukanie do drzwi, które Shiemi szybko otworzyła, a ja witałam się z lordem Clausem.
 - Oczekiwaliśmy Cię, wujku Claus - powiedziałam uprzejmie i oddałam mężczyźnie uścisk.
 - Miło Cię widzieć - powiedział delikatnie co wydało mi się dziwne, bo wujek omal nie połamał mi żeber.
 - Dawno pana tu nie było, lordzie Claus - zauważyła moja kamerdynerka tym samym wyswobadzając mnie z miażdżącego uścisku.
 - Shiemi! Kopę lat. Masz rację: dawno nie odwiedzałem swojego słoneczka - Wujek poklepał mnie po głowie. Uśmiechnęłam się trochę wymuszenie do pozostałych gości.
"Bądź miła! Bądź miła! Bądź miła!" powtarzałam sobie w myślach, ale w głebi serca miałam ochotę wystawić mamę i ojczyma za drzwi wcześniej wykrzykując im prosto w oczy, że nie mają prawa znowu wchodzić z butami do mojego życia. Życia, które już raz mi zniszczyli, przewracając mój sześcioletni wówczas świat do góry nogami. Przeniosłam wzrok na Ciela, który wpatrywał się we mnie nieufnie i zlustrowałam wzrokiem stojącego przy nim bruneta co było błędem. Niemal natychmiast syknęłam z bólu i złapałam się za skroń. Ech... ten, mój "radar na istoty nadnaturalne"...
 - Wszystko w porządku, panienko? - spytała Shiemi wyraźnie zaniepokojona.
 - Tak, tak. Jest okay - odpowiedziałam i westchnęłam, gdy przed twarzą wyrosła mi odziana w białą rękawiczkę dłoń trzymającą lekarstwo przeciwbólowe. Wzięłam tabletkę i popiłam wodą.
 - Dziękuję. Już mi lepiej - Oddałam szklankę pokojówce, a ta pokłoniła się i odeszła.
 - Na pewno, panienko? - Shiemi nie była przekonana.
 - Tak! Przecież mówię! I przestań zgrywać nadopiekuńczą mamusię! - zirytowałam się, po czym zaprosiłam gości do salonu.
 - Witaj, Ciel! Wyglądasz przeuroczo! - Lizzie uwiesiła się na ramieniu mego brata.
Zaśmiałam się cichutko.
 - Lizzie... daj chłopakowi oddychać - powiedziałam zasiadając w swym ulubionym fotelu. Po chwili zjawiła się pomocnica kucharza.
 - Czy panienka bądź goście życzą sobie herbaty? - spytała kłaniając się.
 - Ja bardzo chętnie, Elen. Bądź tak dobra i przynieś mi Earl Grey'a, moja droga - powiedziałam.
 - Ja poproszę Darjeling. Najlepiej białą - Uśmiechnął się Edward.
 - Ja też... - Dołączyła Lizzie.
 - Ja poproszę włoską herbatę jeśli jest. Angielskie mają za mocny aromat - powiedział wujek Claus. - Nie to, że narzekam - dodał po chwili. Uśmiechnęłam się do niego w odpowiedzi.
Gdy wszyscy złożyli zamówienie i Elen miała już wyjść Shiemi westchnęła z wyczuwalną irytacją (jak zawsze, gdy przypominała sobie o czymś w ostatnim momencie).
 - Elen... - zaczęła.
 - Tak pani Shiemi? - odezwała się dziewczyna.
 - Powiedz Tomowi, żeby wyciągnął już te ciasteczka miodowe, które miał upiec i pozwolił Ci przynieść je razem z herbatą - wygłosiła swą wolę brunetka.
 - Tak jest - Służka pokłoniła się i wyszła, a po chwili wróciła z wózkiem do przewożenia jedzenia.
 - Częstujcie się - rzuciłam i wzięłam sobie ciasteczko. Ciel, mama i jej mąż spojrzeli po sobie, po czym z wahaniem sięgnęli po łakocie. Starałam się jakoś podtrzymać rozmowę, ale nie wychodziło mi to za dobrze.
 - Lili? Dobrze się czujesz? - Lizzie przyjrzała mi się uważnie. Westchnęłam i wymusiłam uśmiech.
 - Przepraszam... jestem trochę zmęczona. Ostatnio źle sypiam - wyjaśniłam. 
 - Nadal miewasz koszmary? - zapytał wuj Claus.
 - Tak. Nadal, a ostatnio się nawet nieznacznie nasiliły - Przytaknęłam mężczyźnie. Ciocia Francis odłożyła filiżankę na stolik.
 - A co z lekami nasennymi, które przepisała ci kiedyś Angelina? - spytała. Zmarszczyłam czoło... Nie mogłam się przyznać, że samoistnie je odstawiłam, bo dostałabym wykład, którego wolałam uniknąć. - Ponoć były skuteczne - ciągnęła kobieta. To prawda, po tamtych tabletkach szybciej zapadałam w sen i znacznie lepiej spałam, ale one były dla mnie zdecydowanie za silne.
 - Och, tak. Leki nasenne... eee... one... - zaczęłam.
 - Te leki były zbyt mocne. Panienkę dręczyły po nich bóle głowy i nudności, więc lady Angelina nakazała panience odstawić te lekarstwa - Z pomocą przyszła mi Shiemi. Wow! W jej ustach nawet najgorsze kłamstwo brzmiało, jak najszczersza prawda. Skwapliwie jej przytaknęłam.
 - A gorące mleko? - Wuj Alexis posłał mi ciepły uśmiech. Odwzajemniłam ten gest.
 - Niestety przy moich zdolnościach gorące mleko nie działa zbyt dobrze na sen, a działa wręcz odwrotnie.
 - Doprawdy?
 - Tak. Niestety. 
 - To może pojechalibyśmy konno do lasu, na piknik? Co ty na to, piękna? Rozbudziłabyś się, moja droga - Edward siedzący cały czas po mojej prawej stronie złapał mnie za dłoń. Skinęłam głową uśmiechając się do niego z wdzięcznością.
 - Oczywiście, mój drogi. Myślę, że to doskonały pomysł - mruknęłam podnosząc się z fotela i chwyciłam laskę. - Państwo pozwolą, że pójdę przebrać się w strój spacerowy - rzekłam. Skinęłam na kamerdynerkę i wyszłam z salonu.
 - Może ta? - Shiemi pokazała mi piękną suknię w kolorze seledynu z delikatnym dekoltem w serek. Westchnęłam ciężko, jak zwykle nie mogłam się zdecydować. 
 - Tę ubieram zawsze na audiencje u Jej Wysokości - przypomniałam. 
 - Ale panienko... - Brunetka spojrzała na zegarek kieszonkowy. - Według moich wyliczeń, gdy wrócicie będzie musiała panienka już jechać do pałacu i nie będzie czasu na przebranie się - Usłyszałam.
 - To prawda - mruknęłam wstając z łóżka. Kamerdynerka sprawnie mnie przebrała.
 - Panienko? Przypominam, że o szesnastej trzydzieści przyjeżdżają panienka Alice i lord James - Kobieta założyła mi na ramiona żółte bolerko.
 - Jak przyjadą, a mnie jeszcze nie będzie to skieruj ich na polanę ze strumykiem. Alice będzie wiedziała o co chodzi. Zrozumiałaś?
 - Tak jest.
 - Świetnie - Wyszłam z pokoju. Byłam już przy schodach, gdy dogoniła mnie Elizabeth i stanęła oniemiała na mój widok. Przekrzywiłam głowę. - Coś nie tak, Lizzie? - spytałam.
 - Nie, nic. Tylko...
 - Tylko?
 - Czemu ja nie wyglądam tak, jak ty? - mruknęła.
 - O czym ty mówisz? - zdziwiłam się.
 - Ty jesteś po prostu idealna i we wszystkim wyglądasz doskonale, a ja nie - Usłyszałam i cmoknęłam z niezadowoleniem.
 - Jesteś piękna, Lizzie - powiedziałam. - Poza tym... ja też mam wady, ale staram się na nich nie skupiać i eksponować zalety - dodałam patrząc wymownie na laskę w lewej ręce. Elizabeth chciała coś jeszcze dodać, ale ja zaczęłam schodzić po schodach, więc podążyła za mną. Na dole stali Ciel z Edwardem rozmawiając o czymś z zaciętymi minami. Na nasz widok umilkli i podeszli do nas.
 - Przepięknie wyglądasz, Lizzie - odezwał się Ciel lustrując blondynkę wzrokiem.
 - Naprawdę, Ciel? Dziękuję! - Zielonooka uśmiechnęła się radośnie i rzuciła na szyję narzeczonego, który cudem utrzymał równowagę.
 - Ty też ślicznie wyglądasz, Lili - Edward uśmiechnął się do mnie.
 - Dziękuję - zaśmiałam się. 
 - Wszystko już gotowe, panienko - John pełniący rolę pachołka zjawił się nagle z koszem piknikowym, który mi podał.
 Ruszyliśmy leśną ścieżką. Dzień był piękny i słoneczny. Żaden; najmniejszy nawet wietrzyk nie poruszał liśćmi drzew, wśród których latały ptaki ćwierkając różne melodie. W końcu dojechaliśmy na miejsce, przywiązaliśmy konie do drzewa, a chłopcy rozłożyli koc. Usiedliśmy i zaczęliśmy piknik.
 - Ale gorąco - powiedziała w pewnym momencie Lizzie i zaczęła machać swoim wachlarzem. Westchnęłam i poszłam w jej ślady.
 - Pogoda w sam raz na kąpiel w strumyku - mruknęłam.
 - Kąpiel w strumyku? Jest za płytko - zauważył Edward.
 - Ale nogi można zamoczyć - rzekł nieco ironicznie Ciel. Zaśmiałam się w duchu, a przed oczami stanęła mi scena, gdy mieszkałam jeszcze ze Snake'iem na leśnej polanie, przez którą przepływał strumyk. Ach ile razy moczyłam w tym strumyku nogi rozmyślając w ciepłe, letnie wieczory. Na chwilę odpłynęłam myślami bardzo daleko stąd. 
 - Lili? - Usłyszałam i zamrugałam oczami.
 - O co chodzi, Edwardzie? - Uśmiechnęłam się do narzeczonego. Ten wyjaśnił, że idzie na chwilę z Lizzie, na co ja powiedziałam, że nie musi mi się ze wszystkiego spowiadać i zostałam sam na sam z Cielem.
 - A więc... - zaczęłam skubiąc rękaw bolerka. Starałam się wymyślić jakiś temat do rozmowy, ale... O czym można rozmawiać z bratem, którego widzi się po raz pierwszy od p r a w i e dziesięciu lat?
 - Um... - Nastolatek najwyraźniej też rozpaczliwie szukał tematu do wspólnej rozmowy. - Naprawdę jesteś moją siostrą? - spytał w końcu.
 - Starszą siostrą - doprecyzowałam. - Wiem, że trudno ci uwierzyć, ale taka jest prawda - dodałam po chwili. Ciel wyglądał jakby chciał coś dodać, ale przerwał mu głos mojej przyjaciółki.
 - Lili! Wszystkiego najlepszego, dziewczyno! - krzyknęła błękitnooka, a ja zostałam oślepiona przez burzę rudych włosów.
 - A-a-alice - wyjąkałam i odwzajemniłam uścisk przyjaciółki. - Dzięki - mruknęłam. James zaśmiał się delikatnie i pocałował mą dłoń.
 - Wszystkiego najlepszego, lady - Uśmiechnął się i podał mi prezent. Podziękowałam i westchnęłam, gdy rudowłosa znów podjęła próbę zmiażdżenia mi kości. Alice miała naprawdę silny (wręcz stalowy) uścisk (zupełnie, jak Lizzie). 
 Gdy wróciliśmy do domu okazało się, że muszę już ruszać jeśli chcę zdążyć do Pałacu na podwieczorek. Shiemi, jak zwykle miała rację. Nie cierpię, kiedy ta cholerna demonica ma rację! Chciałam pożegnać gości, ale ciotka Francis wyjaśniła mi, że oni też będą na podwieczorku u Jej Wysokości. Hm... Podejrzane. Wsiadłyśmy z Shiemi do powozu, a John ściągnął lejce i ruszyliśmy leśną ścieżką. Wpatrywałam się w okno licząc mijane drzewa, ale wkrótce mnie to znudziło.
 - Za łąką i za rzeką, gdzieś, gdzie nie wie nikt!* - zanuciła nagle Shiemi.
 - W tym lesie, w którym wszelki człek już dawno znikł.* - mruknęłam mimo woli.
 - Rządy hrabiny sprawowała młoda dama ta,* - nuciła dalej kamerdynerka.
 - To szesnastoletnie uosobienie zła!* - dokończyłam z delikatnym uśmiechem. W tym samym momencie podjechaliśmy pod Pałac Buckingham i kobieta podała mi dłoń pomagając wysiąść z powozu.

                                                                                                                                                
Dam, dam, dam. Polsatowe zakończenie, wiem, ale wręcz nie mogłam się powstrzymać. Po prostu weny mi zabrakło. Więc oddaję to coś w ręce czytelników.


A co do zdań zaznaczonych gwiazdką (*) to jest to fragment mojej przeróbki polskiej wersji piosenki "Daughter of Evil", która powstała na potrzeby bloga. W oryginale polskiej wersji brzmi to tak:
"Za górą i za lasem, gdzieś, gdzie nie wie nikt!
  W tym królestwie, w którym dobry człek już dawno znikł.
  Rządy swoje sprawowała młoda dama ta,
  To czternastoletnie uosobienie zła!" (to tak dla ciekawych)

No, to chyba wszystko. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba. Jak coś to jestem otwarta na wasze propozycje co do następnych rozdziałów. Sayonara!
   

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział pierwszy

Rozdział dziewiąty

Kilka informacji dla ciekawych czytelników (2)