Rozdział siódmy
Yhym... Ponieważ autor o nazwie Sleeping Devil mógł napisać nowy rozdział w dwa dni po ostatnim (z dedykiem dla mnie czym bardzo miło mnie zaskoczył). Ja również postanowiłam spiąć tyłek i skończyć wreszcie ten rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba :)
Ciągle giną dusze. Zarząd Shinigami ogłosił stan wyjątkowy dlatego chcielibyśmy Cię prosić o pomoc jako, że (świadomie lub nie) nadzorujesz teren, na którym mieszkasz, a właśnie na nim dusze znikają. Wnikliwe śledztwo przeprowadzone przez naszych wysłanników tj. Williama T. Spears'a, Alana Humphries'a i Erica Slingby'ego wykazało, że twoja kamerdynerka nie ma z tą sprawą nic wspólnego i jest "czysta". Mamy nadzieję iż przez wzgląd na Twoje pokrewieństwo z nami i rolę jaką pełnisz, jako hrabina zechcesz nam pomóc. Oczywiście możesz odmówić, gdyż masz do tego pełne prawo.
Z poważaniem:
Zarząd angielskiego oddziału Shinigami
Po przeczytaniu tej kartki natychmiast ją złożyłam na cztery i oddałam Shiemi.
- Jutro z rana chciałabym odwiedzić tatę - powiedziałam spoglądając niepewnie na męża mamy, ale on się tylko lekko skrzywił na moje słowa.
- Oczywiście. Czy mogłabym wiedzieć po co panienka się tam wybiera? - Shiemi strzepnęła z mojego ramienia niewidzialny pyłek. Obdarzyłam ją wściekłym spojrzeniem.
- Dla przyjemności, wiesz?! Przecież zawsze, jak odwiedzam tatę to mam do niego jakiś interes! - Lekko podniosłam głos, po czym wyszłam do ogrodu. Nawet demonica nie wiedziała dlaczego darzę biologicznego ojca swego rodzaju nienawiścią. A ja po prostu obwiniałam go (i po części mamę) za swoje kiepskie, nieudane, niezbyt szczęśliwe i za szybko skończone dzieciństwo. W końcu, gdy pierwszy raz z nim rozmawiałam jak córka z ojcem to przyznał się, że osobiście wyznał Vincentowi iż tak naprawdę jestem jego córką - córką świrniętego grabarza.
- Panienko, masz gościa - Usłyszałam głos Shiemi. Za oknem było już ciemno i padał śnieg, a ja siedziałam w salonie i piłam herbatę.
- Panienko, masz gościa - Usłyszałam głos Shiemi. Za oknem było już ciemno i padał śnieg, a ja siedziałam w salonie i piłam herbatę.
- Niech wejdzie - mruknęłam wciąż wpatrzona w ogień płonący na kominku. Z jednej strony te płomienie mnie fascynowały, a z drugiej się ich bałam; przypominały mi o pożarze w cyrku.
- Oczywiście - Nie musiałam nawet patrzeć na brunetkę by wiedzieć, że pokłoniła się z uśmiechem i zawróciła po gościa. Od samego początku była zbyt przewidywalna. Wyrobiłam sobie taką opinię o "piekielnie dobrej kamerdynerce" choć nasza znajomość trwała zaledwie dwa tygodnie. Po dłuższej chwili poczułam za sobą czyjąś obecność i przeszedł mnie dreszcz.
- Witaj... córko - Usłyszałam i szybko chwyciłam gałąź (służącą mi wtedy za laskę), po czym się podniosłam.
- My się znamy? - spytałam lustrując wzrokiem szarowłosego mężczyznę w czarnej, długiej szacie, który na widocznej części twarzy (bo jego twarz w większości przykrywały włosy) i na szyi miał blizny. Zmarszczyłam brwi, bo byłam pewna, że gdzieś go już widziałam.
- Oczywiście, że tak, panienko Phantomhive. Choć może nie powinienem tak mówić, córko - powiedział i zaśmiał się mrocznie, a ja pobladłam. Po chwili mnie oświeciło. Undertaker! Grabarz Undertaker! Tata kiedyś mnie do niego zabrał, gdy byłam mała, a on powiedział mi, że wyrosnę na bardzo potężną i mądrą, a także łagodną kobietę.
- Grabarz - syknęłam. Ten człowiek wywoływał we mnie dziwną mieszankę uczuć.
- Wolałbym, żebyś tytułowała mnie ojcem, córko - sprostował.
- Niby dlaczego?! Ja nie mam ojca! - krzyknęłam opadając na swoje miejsce, a on usiadł obok i pogłaskał mnie po odzianej w rękawiczkę lewej dłoni.
- Ja jestem Twoim ojcem, a nie Vincent. Twoja matka zdradziła go kiedyś ze mną - powiedział.
- To nieprawda! Mama nie była taka! - Zdenerwowałam się.
- Uwierz mi, że raz była - mruknął.
- Dobrze. Uznajmy, że Ci wierzę - Ostatnie pół godziny poświęciłam na kłótnię z tym stukniętym świrem, ale ostatecznie uznałam wyższość jego argumentów, na co on uśmiechnął się zadowolony. Nadal uważałam, że mama nie byłaby w stanie zdradzić swego męża, ale po prostu nie miałam ochoty dłużej maglować tego tematu.
- Muszę Cię przeprosić, córko - powiedział wolno.
- Za co? - spytałam zdziwiona jego zrezygnowanym tonem.
- To ja powiedziałem Vincentowi prawdę o Twoim poczęciu. Przepraszam. Naprawdę. Nie sądziłem, że zareaguje, aż tak źle - Usłyszałam i nagle zrozumiałam, że to rozmawiający ze mną człowiek wszystko mi zepsuł. Odebrał szczęśliwe chwile z ukochanym braciszkiem, zniszczył beztroskie dzieciństwo... Nie mogłam na niego patrzeć.
- Wynoś się stąd! - warknęłam niepotrafiąc już nad sobą zapanować. - Zejdź mi z oczu i nigdy więcej się tu nie pokazuj!
- Ale... - Próbował protestować.
- Po prostu stąd idź!!! - wrzasnęłam z trudem powstrzymując łzy.
- Wszystko w porządku, hrabino? - Usłyszałam zmartwiony głos Ciela i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że płaczę. Otarłam łzy i uśmiechnęłam się leciutko.
- Tak. Wszystko w porządku... - Zawahałam się na moment. - ...braciszku.
- My się znamy? - spytałam lustrując wzrokiem szarowłosego mężczyznę w czarnej, długiej szacie, który na widocznej części twarzy (bo jego twarz w większości przykrywały włosy) i na szyi miał blizny. Zmarszczyłam brwi, bo byłam pewna, że gdzieś go już widziałam.
- Oczywiście, że tak, panienko Phantomhive. Choć może nie powinienem tak mówić, córko - powiedział i zaśmiał się mrocznie, a ja pobladłam. Po chwili mnie oświeciło. Undertaker! Grabarz Undertaker! Tata kiedyś mnie do niego zabrał, gdy byłam mała, a on powiedział mi, że wyrosnę na bardzo potężną i mądrą, a także łagodną kobietę.
- Grabarz - syknęłam. Ten człowiek wywoływał we mnie dziwną mieszankę uczuć.
- Wolałbym, żebyś tytułowała mnie ojcem, córko - sprostował.
- Niby dlaczego?! Ja nie mam ojca! - krzyknęłam opadając na swoje miejsce, a on usiadł obok i pogłaskał mnie po odzianej w rękawiczkę lewej dłoni.
- Ja jestem Twoim ojcem, a nie Vincent. Twoja matka zdradziła go kiedyś ze mną - powiedział.
- To nieprawda! Mama nie była taka! - Zdenerwowałam się.
- Uwierz mi, że raz była - mruknął.
- Dobrze. Uznajmy, że Ci wierzę - Ostatnie pół godziny poświęciłam na kłótnię z tym stukniętym świrem, ale ostatecznie uznałam wyższość jego argumentów, na co on uśmiechnął się zadowolony. Nadal uważałam, że mama nie byłaby w stanie zdradzić swego męża, ale po prostu nie miałam ochoty dłużej maglować tego tematu.
- Muszę Cię przeprosić, córko - powiedział wolno.
- Za co? - spytałam zdziwiona jego zrezygnowanym tonem.
- To ja powiedziałem Vincentowi prawdę o Twoim poczęciu. Przepraszam. Naprawdę. Nie sądziłem, że zareaguje, aż tak źle - Usłyszałam i nagle zrozumiałam, że to rozmawiający ze mną człowiek wszystko mi zepsuł. Odebrał szczęśliwe chwile z ukochanym braciszkiem, zniszczył beztroskie dzieciństwo... Nie mogłam na niego patrzeć.
- Wynoś się stąd! - warknęłam niepotrafiąc już nad sobą zapanować. - Zejdź mi z oczu i nigdy więcej się tu nie pokazuj!
- Ale... - Próbował protestować.
- Po prostu stąd idź!!! - wrzasnęłam z trudem powstrzymując łzy.
- Wszystko w porządku, hrabino? - Usłyszałam zmartwiony głos Ciela i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że płaczę. Otarłam łzy i uśmiechnęłam się leciutko.
- Tak. Wszystko w porządku... - Zawahałam się na moment. - ...braciszku.
Komentarze
Prześlij komentarz